artykul
It, it.
Kurt Vonnegut wypadł z czasu. Znaczy to, że zniknął, schował się gdzieś po drugiej stronie. Chwilowo stał się niedostępny dla reszty pielgrzymów ( Billym Pilgrimem, bohaterem ,,Rzeźni numer pięć" jest w jakimś sensie każdy z nas). Jednocześnie jednak tu, w moim czasie Vonnegut wychylił się na chwilę z przeszłości. Przypomniał swą obecność.

Kurt Vonnegut wypadł z czasu. Znaczy to, że zniknął, schował się gdzieś po drugiej stronie. Chwilowo stał się niedostępny dla reszty pielgrzymów ( Billym Pilgrimem, bohaterem ,,Rzeźni numer pięć" jest w jakimś sensie każdy z nas). Jednocześnie jednak tu, w moim czasie Vonnegut wychylił się na chwilę z przeszłości. Przypomniał swą obecność.

Jeśli przyjmiemy punkt widzenia Tralfamagorian, okaże się, że Vonnegut wciąż żyje. Każdy poszczególny moment jego skończonego istnienia jest bowiem w jakimś sensie wieczny. Jak w nietzscheańskim Wielkim Powrocie, historia życia powtarza się wciąż na nowo bez żadnych szans na zmianę. Gdzieś tam zatem mały Kurt Vonnegut przychodzi na świat, męczy się nad podręcznikiem chemii organicznej, bierze udział w wojskowej musztrze, zastanawia się nad pierwszym zdaniem swej nowej książki poświęconej bombardowaniu Drezna.

Lecz nawet jeśli Tralfamagorianie się mylą i życie nie powtarza się jak stary, wciąż emitowany na nowo serial, to przecież Kurt Vonnegut tak po prostu nie zniknął. Daleki jestem od wiary, że literatura to sposób na nieśmiertelność. Stała, nie poddana przemijaniu obecność nie jest dana niczemu. A jednak, niezależnie od jej trwałości, spuścizna literacka Vonneguta ma dla mnie naprawdę dużą (może sentymentalną?) wartość.

Kurta Vonegutta czytałem z pasją typową dla nastolatka, a zatem hurtowo i po wielokroć. ,,Rzeźnia numer pięć", ,, Kocia kołyska", ,,Śniadanie mistrzów", ,,Recydywista" były książkami, które wprowadzały mnie w literaturę, otwierając przede mną widoki na wszystko to, co w niej nieoczywiste, awangardowe i radykalnie inne. W trakcie młodzieńczej, naiwnej lektury powieści autora "Losów gorszych od śmierci" zachwycał mnie przede wszystkim dystans i sceptycyzm stanowiący integralną część wszystkich jego książek. I oczywiście humor, inteligentny i piekielnie ironiczny, a jednak nie pozbawiony ciepła i wyrozumiałości wobec opisywanego świata. Z perspektywy czasu właśnie w tym dziwnym, groteskowo- czułostkowym tonie, w jakim Vonnegut komentował rzeczywistość doszukiwałbym się największej wartości jego pisarstwa. Po którąkolwiek z jego książek sięgniemy, możemy być pewni, że każdy rozdział będzie świetną lekcją autentycznej empatii i pełnego pokory człowieczeństwa.

Lecz może dość na chwilę tych pochwał. Przecież po jakimś czasie Vonnegut zaczął nużyć. Jego styl, zachwycający przy pierwszym spotkaniu z powieści na powieść tracił dla mnie swój polor. Po długim okresie zaczytywania się jego twórczością odsłoniła ona dla mnie swą monotonię. Jasne stało się dla mnie, że skomponowana jest wokół jednej (choć naprawdę świetnie brzmiącej) nuty. Naturalną koleją rzeczy Vonnegut musiał więc ustąpić na rzecz innych książek.

Nie bez przyczyny napisałem o książkach, nie zaś autorach. Z czasem porzuca się wszak sztubacką fascynację poszczególnymi literackimi osobowościami na rzecz wielogłosu jaki daje nieco bardziej zróżnicowany dobór lektury. A jednak ten pierwszy pozostaje. Na długo kreuje czytelnicze preferencje, podsuwa inne książki, sugeruje poznawanie innych autorów. Tu także Vonnegut nie zawiódł. Za jego przyczyną dość szybko sięgnąłem choćby po ,,Braci Karamazow" i zaprzyjaźniłem się z Dostojewskim (w szkolnym wieku taka przyjaźń to nie byle co). Kto wie, może także dzięki niemu mój entuzjazm dla literatury okazał się dość żywotny i przetrwał męczącą próbę licealnych lekcji polskiego?

Właśnie dlatego chcę myśleć, że tego dnia, w którym Kurt Vonnegut wypadł z czasu, jakiś młody, nieco zakompleksiony uczeń liceum zajrzał do miejskiej biblioteki. Z szeregu przykurzonych książek wyciągnął jedną z tych sygnowanych tym nieco dziwnym, brzmiącym z niemiecka nazwiskiem. Potem wrócił do domu, zasiadł z nią przy oknie. Za oknem rzecz jasna rośnie jabłoń. Na niej ptaki. Chłopak zaczyna czytać. A ptaki rzecz jasna komentują: "It, it".

Strony: 1
Wasze opinie
Nikt jeszcze nie dodał tu swojego komentarza. Bądź pierwszy !

Zobacz wszystkie komentarze do tego artykułu


Pseudonim
Wpisz tekst z obrazka:

Tytuł
Treść


Nie masz jeszcze konta? Załóż je!

nick
 
haslo   
nowe konto     

Wyszukiwarka Top 10 Artykuly
 
© 2005-2011 Papierowe Myśli Design&engine Mateusz Płatos