"Pisanie to dla mnie wspaniały relaks"
Ludwik Mańczak, 13.12.05
Wywiad z Wojciechem Ginko, autorem powieści "WIP".
Ludwik Mańczak: "WIP", tak ciepło przyjęta przez krytykę powieść, nie jest pana literackim debiutem.
Wojciech Ginko: Debiutowałem reportażem "Od drzwi do drzwi". Opowiadał o tym, jak dałem się nabrać londyńskiej The International System Corporation wędrując od domu do domu z dwudziestotomową encyklopedią. Moja - jak się okazało darmowa praca - nazywała się niewinnie placing (umieszczanie) podczas gdy naprawdę była to sprytna i bardzo droga sprzedaż. Oszustwo było podwójne - ja oszukiwałem klientów, a pracodawca mnie. Tekst ukazał się kiedyś tam w świątecznym numerze Polityki, która wówczas pod dowództwem Rakowskiego była najlepszą gazetą.
Po rozpoczęciu budowy studenckiego ośrodka jeździeckiego w Zbrosławicach napisałem instrukcję "Jak skuteczne żebrać o pieniądze - czyli co mówić i pisać, żeby decydenci chętniej dawali..." Chyba byłem w niej zbyt szczery, bo kiedy po publikacji starałem się o dotacje na moje klubowe konie urzędnicy wyciągali Panoramę z szuflady i odczytywali moje satyryczne porady.
Podjęcie pracy na własny rachunek zaowocowało naśmiewaniem się z inspektorów skarbowych. Jak łatwo się domyślić pomagało mi to potem prowadzić działalność gospodarczą.
Trudno było nie napisać o zaproszeniu przez JKM Elisabeth do zamku Windsor, razem ze zbrosławicką Czcionką, na której nasz Andrzej Sałacki prezentował olimpijski program ujeżdżenia Grand Prix - tyle, że bez uzdy.
Niektóre tekściki trafiały do nielicznych znajomych, inne do szuflady, bo mam potrzebę pisania. Może kiedyś wydam opowiadania o niebezpieczeństwie afrykańskich polowań, albo o mrożących krew w żyłach przypadkach lotniczych...
Zbiór opowiadań "Koniokrady", o którym mowa na okładce "WIP'a", napisaliśmy z jeździeckimi przyjaciółmi żeby uczcić jubileusz akademickiego jeździectwa. Oprócz naprawdę zgrabnych tekstów są w nim doskonale rysowane kreską koniki Jacka Reczyńskiego. Resztki nakładu dostępne są w sprzedaży wysyłkowej ( kginko@interia.pl )
LM: Niektórzy pisarze tworzą obszerne i ciekawe książki w tydzień lub dwa, innym zajmuje to niekiedy kilka lat. Dużo czasu zajęła panu praca nad powieścią?
WG: Rok z przerwami, bo to przecież moje dodatkowe zajęcie. Pisałem i wyrzucałem, skracałem i ciąłem. Życzliwymi krytykami była filologiczna żona i przyjaciel - koniarz i koneser literatury.
No i czytałem sobie głośno, bo zależało mi na tym żeby się WIP'a dobrze czytało.
Pisałem po kilka godzin dziennie, z przerwami na bieganie z psem po lesie. Nabawiłem się zapalenia nadgarstków od tego pisania. Z ponad czterystu stron materiału zostało w końcu sto kilkadziesiąt.
LM: Jak można przeczytać na tylnej okładce "WIPa", książka jest efektem pańskiej kadencji we władzach lokalnych. Naprawdę było tak wesoło?
WG: Na początek poważnie: Dobre samorządy to prawdziwe remedium na ubóstwo, bałagan i różne przekręty. W wielu gminach działają wspaniale, w innych musi nastąpić zmiana pokoleń, żeby cokolwiek zdziałać. Tak właśnie było w mojej.
Próby uzdrowienia czegokolwiek trafiały na opory nie do pokonania, więc żeby nie uznać tych kilku lat za stracone (całe życie pracowałem na własny rachunek i cenię mój czas), zdesperowany założyłem w końcu gazetę, którą dostawali wszyscy mieszkańcy gminy. Na jej łamach pokazywałem w jaki sposób tracimy pieniądze. Na jakiś czas pomogło.
Cieszę się także, że kilka moich inicjatyw zadomowiło się w gminie na stałe. Na przykład coroczny konkurs "Zbrosławicki Laur" nagradzający ludzi aktywnych, czy chociażby stałe kontakty z gminami innych państw…
Dziś w tej samej gminie pieniądze wydawane są głównie na kolejne samochody strażackie, których jest już kilkanaście (poparcie strażaków gwarantuje dożywocie na funkcji wójta) i wciąż funkcjonują przedszkola, w których jest pięć pracownic i troje dzieci. Budowę kanalizacji zaniechano, bo nikt nie potrafi skutecznie powalczyć o unijne pieniądze.
Na szczęście na początku obiecałem sobie, że radnym będę tylko jedną kadencję…
A wesoło było bardzo. Proszę sobie wyobrazić jak pracuje zespół radnych, prawie taki sam od kilku kadencji, na czele z wójtem, który siedzi na tym samym krześle i w tej samej szarej marynarce od trzydziestu lat nie wychylając nosa za swoją gminę i znając wyłącznie trasę od domu do urzędu. A teraz proszę sobie wyobrazić, że do takiego towarzystwa trafia rewolucjonista i proponuje wspólną wycieczkę do najszybciej rozwijającej się polskiej gminy Tarnowo Podgórne…
LM: Podobno postacie opisane w powieści mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości...
Wojciech Ginko: Debiutowałem reportażem "Od drzwi do drzwi". Opowiadał o tym, jak dałem się nabrać londyńskiej The International System Corporation wędrując od domu do domu z dwudziestotomową encyklopedią. Moja - jak się okazało darmowa praca - nazywała się niewinnie placing (umieszczanie) podczas gdy naprawdę była to sprytna i bardzo droga sprzedaż. Oszustwo było podwójne - ja oszukiwałem klientów, a pracodawca mnie. Tekst ukazał się kiedyś tam w świątecznym numerze Polityki, która wówczas pod dowództwem Rakowskiego była najlepszą gazetą.
Po rozpoczęciu budowy studenckiego ośrodka jeździeckiego w Zbrosławicach napisałem instrukcję "Jak skuteczne żebrać o pieniądze - czyli co mówić i pisać, żeby decydenci chętniej dawali..." Chyba byłem w niej zbyt szczery, bo kiedy po publikacji starałem się o dotacje na moje klubowe konie urzędnicy wyciągali Panoramę z szuflady i odczytywali moje satyryczne porady.
Podjęcie pracy na własny rachunek zaowocowało naśmiewaniem się z inspektorów skarbowych. Jak łatwo się domyślić pomagało mi to potem prowadzić działalność gospodarczą.
Trudno było nie napisać o zaproszeniu przez JKM Elisabeth do zamku Windsor, razem ze zbrosławicką Czcionką, na której nasz Andrzej Sałacki prezentował olimpijski program ujeżdżenia Grand Prix - tyle, że bez uzdy.
Niektóre tekściki trafiały do nielicznych znajomych, inne do szuflady, bo mam potrzebę pisania. Może kiedyś wydam opowiadania o niebezpieczeństwie afrykańskich polowań, albo o mrożących krew w żyłach przypadkach lotniczych...
Zbiór opowiadań "Koniokrady", o którym mowa na okładce "WIP'a", napisaliśmy z jeździeckimi przyjaciółmi żeby uczcić jubileusz akademickiego jeździectwa. Oprócz naprawdę zgrabnych tekstów są w nim doskonale rysowane kreską koniki Jacka Reczyńskiego. Resztki nakładu dostępne są w sprzedaży wysyłkowej ( kginko@interia.pl )
LM: Niektórzy pisarze tworzą obszerne i ciekawe książki w tydzień lub dwa, innym zajmuje to niekiedy kilka lat. Dużo czasu zajęła panu praca nad powieścią?
WG: Rok z przerwami, bo to przecież moje dodatkowe zajęcie. Pisałem i wyrzucałem, skracałem i ciąłem. Życzliwymi krytykami była filologiczna żona i przyjaciel - koniarz i koneser literatury.
No i czytałem sobie głośno, bo zależało mi na tym żeby się WIP'a dobrze czytało.
Pisałem po kilka godzin dziennie, z przerwami na bieganie z psem po lesie. Nabawiłem się zapalenia nadgarstków od tego pisania. Z ponad czterystu stron materiału zostało w końcu sto kilkadziesiąt.
LM: Jak można przeczytać na tylnej okładce "WIPa", książka jest efektem pańskiej kadencji we władzach lokalnych. Naprawdę było tak wesoło?
WG: Na początek poważnie: Dobre samorządy to prawdziwe remedium na ubóstwo, bałagan i różne przekręty. W wielu gminach działają wspaniale, w innych musi nastąpić zmiana pokoleń, żeby cokolwiek zdziałać. Tak właśnie było w mojej.
Próby uzdrowienia czegokolwiek trafiały na opory nie do pokonania, więc żeby nie uznać tych kilku lat za stracone (całe życie pracowałem na własny rachunek i cenię mój czas), zdesperowany założyłem w końcu gazetę, którą dostawali wszyscy mieszkańcy gminy. Na jej łamach pokazywałem w jaki sposób tracimy pieniądze. Na jakiś czas pomogło.
Cieszę się także, że kilka moich inicjatyw zadomowiło się w gminie na stałe. Na przykład coroczny konkurs "Zbrosławicki Laur" nagradzający ludzi aktywnych, czy chociażby stałe kontakty z gminami innych państw…
Dziś w tej samej gminie pieniądze wydawane są głównie na kolejne samochody strażackie, których jest już kilkanaście (poparcie strażaków gwarantuje dożywocie na funkcji wójta) i wciąż funkcjonują przedszkola, w których jest pięć pracownic i troje dzieci. Budowę kanalizacji zaniechano, bo nikt nie potrafi skutecznie powalczyć o unijne pieniądze.
Na szczęście na początku obiecałem sobie, że radnym będę tylko jedną kadencję…
A wesoło było bardzo. Proszę sobie wyobrazić jak pracuje zespół radnych, prawie taki sam od kilku kadencji, na czele z wójtem, który siedzi na tym samym krześle i w tej samej szarej marynarce od trzydziestu lat nie wychylając nosa za swoją gminę i znając wyłącznie trasę od domu do urzędu. A teraz proszę sobie wyobrazić, że do takiego towarzystwa trafia rewolucjonista i proponuje wspólną wycieczkę do najszybciej rozwijającej się polskiej gminy Tarnowo Podgórne…
LM: Podobno postacie opisane w powieści mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości...
Strony: 1 2
Wasze opinie
Nikt jeszcze nie dodał tu swojego komentarza. Bądź pierwszy !
| Pseudonim | |
| Wpisz tekst z obrazka: | |
| Tytuł | |
| Treść | |
Nie masz jeszcze konta? Załóż je!







