artykul
Powrót do czasów dzieciństwa - wywiad z Małgorzatą Kalicińską
Ludwik Mańczak, 20.09.2007
Małgorzata Kalicińska debiutowała ponad rok temu powieścią "Dom nad rozlewiskiem". Książka zebrała pochlebne recenzje, była czytana na antenie PR1 Polskiego Radia, wielokrotnie mówiono o niej w telewizyjnych programach kulturalnych, pisano w prasie. Niedawno ukazała się kolejna powieść autorki, zatytułowana "Powroty nad rozlewiskiem".


















Ludwik Mańczak: Jaki był ten rok po ukazaniu się "Domu..."? Jak zmieniło się Twoje życie? Mnóstwo telefonów z gratulacjami od rodziny, znajomych? Spotkania z czytelnikami?
Małgorzata Kalicińska: Wszystko. Spotkania, telefony, zaskoczenie znajomych, maile o zadziwiającej treści np. "to moje życie! Moje problemy, skąd pani je zna?". Albo "od lat jestem w separacji z mamą. To głupie. Już teraz wiem, jak się do Niej odezwać, co powiedzieć - dziękuję". Czy się zmieniło moje życie? Chyba nie. Mam więcej pracy, i mniej czasu na… głupstwa. Ciągle jestem tą samą Małgosią, mamą, koleżanką. Przyjaciół jakby więcej - to fajne.
Obawiałaś się nieco, jak zostanie przyjęta kontynuacja "Domu...", bo rzekomo dwójki są gorsze. Ale to były zupełnie niepotrzebne obawy, wszak książka zbiera pozytywne opinie zarówno krytyków, jak i czytelników.
- Jasne, że się obawiałam. Ja tak mam. Nie jestem "rasową" pisarką. Chyba ciągle debiutantką. Teraz obawiam się czy dam radę napisać sequel, czy skupię się nad innymi pomysłami. Bo mam je… "Powroty" zostały pięknie przyjęte i za to dziękuję czytelnikom. To tylko opisany kawałek naszej młodości. Widocznie udało się!
"Dom nad rozlewiskiem" opowiada m.in. o miłości - zarówno tej młodzieńczej, jak i dojrzałej, o poszukiwaniu swego miejsca w życiu, zwykłej codzienności i relacjach rodzinnych, o które należy dbać, bo dają prawdziwe szczęście. A co chciałaś przekazać w "Powrotach..."?
- Chyba stale to samo. Że niezależnie od czasów w jakich żyjemy, miłość i jej poszukiwanie, odnajdywanie - jest głównym motorem naszych działań. Ale też chciałam odczarować czasy mojego dzieciństwa. Ja i wielu innych ludzi, wychowaliśmy się w PRL-u, który dziś kreślony jest wyłącznie czarną, dramatyczną farbą, a to nieprawda! Mieliśmy kochających rodziców, chodziliśmy do państwowych szkół, w których obowiązywały ścisłe zasady (i fartuszki, i kapciuszki, i tarcze, i dobre zachowanie), uczyli nas dobrzy nauczyciele, bo jesteśmy dobrze wykształceni. Mieliśmy marne zabawki, ale to wyzwalało w nas pomysłowość i uruchamiało wyobraźnię. Na podwórku, na wsi podczas wakacji, na ulicy czuliśmy się bezpiecznie. Kochaliśmy i byliśmy kochani. Dobrze wychowani. To ogromny kapitał. To się działo w czasach PRL-u właśnie. Wyrosłam na wrażliwą, wesołą, dobrą osobę. Nie tylko ja. Wiele dzieciaków PRL-u.
Oryginalne jest w Twoich książkach to, że pojawiają się różne ciekawe przepisy kulinarne. Skąd pomysły?
- Wystarczy na mnie popatrzeć. Ja jestem sybarytka! Tato mnie uczył pitrasić. Lubię to. Po to pan Bóg, Natura dali nam kubeczki smakowe, żeby się cieszyć tym, co jemy. Inaczej po co? Zbieram, słucham, poznaję nowe kulinarne ciekawostki z Polski i świata.
Ponad to sama lubiłam czytać książki, w których pojawiało się jedzenie, potrawy.

Ile w Twoich książkach jest fikcji literackiej, a na ile fabuła oparta jest na rzeczywistych wydarzeniach?
- Właściwie jest sama fikcja. Nie opisałam mojego życia, chociaż malując postaci, okoliczności, czerpię z tego, co w życiu widzę, czuję, wiem. Uplatam z tego dzieje, które mogłyby się zdarzyć. Ubarwiam tak, żeby były pokrzepiające. Mam wrażenie, że pokrzepienia bardzo potrzebujemy. Czasem nawet - bajki. Bywają takie historie w życiorysach ludzkich, że i bajkopisarz by ich nie zmyślił. Czasem, jak smutno i źle lubimy poczytać o czymś, co teoretycznie mogłoby się zdarzyć.
Do kogo adresujesz swoje książki? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że do kobiet po 40-tce, ale chyba zarówno starsze, jak i młodsze, a nawet mężczyźni - jak mniemam - mogą spędzić miłe chwile nad tymi powieściami.
- Jasne! Każdy, kto przeczytał i polubił taki rodzaj prozy jest moim czytelnikiem. Zasadniczo rzeczywiście - kobiety 40+, ale i młodsze, i mężczyźni też się zdarzyli i to mocni, twardzi, wrażliwi. Żadne tam "mamałygi". Znam takich. "Gośka, to moje dzieciństwo!" (o "Powrotach…"), albo "No, sporo o kobiecej duszy się dowiedziałem!".
A najbardziej lubię tę refleksję Pana zmęczonego pracą, miastem i otaczającą go rzeczywistością:"po lekturze "Domu nad rozlewiskiem" miałem ochotę rzucić wszystko w cholerę i pójść na ryby".

Gdyby tak się zastanowić, to debiut literacki zanotowałaś nie najwcześniej. Parafrazując znane powiedzenie, można stwierdzić, że na pisanie nigdy nie jest za późno?

Strony: 1 2
Wasze opinie
Nikt jeszcze nie dodał tu swojego komentarza. Bądź pierwszy !

Zobacz wszystkie komentarze do tego artykułu


Pseudonim
Wpisz tekst z obrazka:

Tytuł
Treść


Nie masz jeszcze konta? Załóż je!

nick
 
haslo   
nowe konto     

Wyszukiwarka Top 10 Artykuly
 
ˆ 2005-2015 Papierowe Myśli Design&engine Mateusz Płatos