artykul
Czarno-białe królestwo konieczności - rozmowa z Marci Shore
"Kawior i popiół" opisuje skomplikowane koleje losów polskich literatów o lewicowych poglądach, obejmująca lata 1918-68. Za tę monografię - wydaną niedawno przez Świat Ksiażki - Marci Shore, profesor historii Uniwersytetu w Yale otrzymała prestiżową nagrodę londyńskiej Wiener Library. Z autorką rozmawia Krzysztof Maciejewski.

Krzysztof Maciejewski: Jest Pani Amerykanką, która napisała monografię przedstawiającą chyba nietypowy dla amerykańskiego czytelnika temat, czyli skomplikowane losy polskich literatów o lewicowych poglądach. Skąd wziął się pomysł na książkę o przegranej generacji polskich pisarzy i poetów?

Marci Shore: To raczej długa historia, która zaczęła się w 1989 roku, kiedy byłam w klasie maturalnej. Upadał komunizm, a żelazna kurtyna nagle uniosła się, co otworzyło drogę do bardzo bogatych, a wcześniej niedostępnych archiwów w krajach Europy Wschodniej. Postanowiłam tu przyjechać i na początku trafiłam do czeskiej Pragi zafascynowana postaciami takich dysydentów, jak Václav Havel. Zawirowania historii sprawiły, że pierwszy prezydent Republiki Czeskiej niemal w kilka tygodni przeniósł się z więzienia do zamku na Hradczanach. Ale kiedy badałam życiorysy innych opozycjonistów lub pisarzy, szczególnie tych z pokolenia starszego od Havla, odkryłam, że wielu z nich miało w swoich biografiach epizod komunistyczny, że byli kiedyś po drugiej stronie barykady.

Losy polskich opozycjonistów wyglądają podobnie…

Zgadza się. Stopniowo dochodziłam do zrozumienia, że ludzie ci przyszli do komunistycznej rewolucji przez drugą wojnę światową, na skutek swoich przeżyć podczas wojny. Zdałam sobie sprawę z tego, że jeżeli chciałabym zrozumieć stalinizm, muszę najpierw pojąć znaczenie wojny. Wtedy podjęłam decyzje, że powinnam być nie w Pradze, a w Warszawie, bowiem po co być na marginesie, skoro mam możliwość bycia w centrum…. W 1997 roku, na stypendium Fulbrighta, przyjechałam do Warszawy, gdzie zupełnie nikogo nie znałam. Za każdym razem, kiedy ktoś podchodził do mnie na ulicy i prosił o wzięcie udziału w badaniu marketingowym zgadzałam się - tak bardzo się cieszyłam, że mogę z kimś chociaż parę minut pogadać. Parę miesięcy później, w Krakowie, rozmawiałam z Janem Grossem, który zasugerował, żebym rzuciła okiem na interesującą kolekcję powojennego Centralnego Komitetu Żydów w Polsce w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego. Byłam młoda i miałam dużo czasu, więc zaczęłam chodzić do tego archiwum i czytać. Tak natrafiłam na postacie lewicowego syjonisty Adolfa Bermana oraz komunisty Michała Mirskiego. W latach 1948-1949 po założeniu państwa Izrael i początku kampanii przeciwko "kosmopolitom", Mirski bardzo ostro atakował Bermana, oskarżał o odchylenie nacjonalistyczne i przyczynił się do dymisji swojego dawnego towarzysza ze stanowiska przewodniczącego Centralnego Komitetu Żydów Polskich. Tymczasem w 1956 roku Berman, już wtedy mieszkający w Tel Awiwie, pisze do Mirskiego bardzo ciepły, pełen nostalgii list, w którym przywołuje dawną przyjaźń i czas, gdy obaj byli awangardą świata. To było bardzo ważne doświadczenie, bo chociaż z jednej strony list ten nie zawierał dużo treści, to z drugiej- był to moment, kiedy uświadomiłam się, że te powojenne kontakty i relacje były naprawdę przedwojennymi relacjami. Postanowiłam bliżej poznać tamte czasy. Miałam też inne inspiracje - tego samego roku w Warszawie kolega mi podarował zbiór opowiadań Aleksandra Wata pt. "Bezrobotny Lucyfer".

Strony: 1 2 3
Wasze opinie
Nikt jeszcze nie dodał tu swojego komentarza. Bądź pierwszy !

Zobacz wszystkie komentarze do tego artykułu


Pseudonim
Wpisz tekst z obrazka:

Tytuł
Treść


Nie masz jeszcze konta? Załóż je!

nick
 
haslo   
nowe konto     

Wyszukiwarka Top 10 Artykuly
 
© 2005-2011 Papierowe Myśli Design&engine Mateusz Płatos