Wracając do źródeł, czyli Kapuścińskiego "Podróże z Herodotem"
Justyna Banaszczyk , 21.05.09
Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba raczej nikomu przedstawiać. Ten świetnie znany na świecie polski reporter, i być może jeden z najlepszych w ogóle, jest tak istotną postacią dla reportażu, jak Balzac dla powieści realistycznej XIX wieku. To on właśnie stanowi punkt odniesienia dla młodych pisarzy, od niedawna parających się piórem, jest niezaprzeczalnym autorytetem i mistrzem. Na swoją pozycję pracował przez lata, niestrudzenie oddając się pisarskiej pasji i podróżom po całym świecie.

Mistrz i uczeń
Niektórzy powiadają, że Herodot był pierwszym w dziejach etnografem. Dla Kapuścińskiego zdaje się zaś być pierwszym reporterem. Do niego to bowiem i jego opowieści wraca w swojej podróży. Staje się on dla niego swoistym przewodnikiem po archiwum pamięci, autorytetem wskazującym drogę w ciemnych labiryntach zapomnienia i własnej przeszłości. Podróże z Herodotem to swego rodzaju historia intymna reporterskiej wrażliwości, sprawozdanie z pierwszych zachwyceń, relacja oniemiałego nowicjusza. W 1955 roku młody reporter otrzymuje w prezencie Dzieje i wraz z lektura tego dzieła rozpoczyna się jego pierwsza wyprawa. Dzieje są dla młodego Kapuścińskiego swoistym podręcznikiem antropologicznej wrażliwości, pewną bramą, granicznym punktem, który w symboliczny sposób odzwierciedla przewartościowanie myślenia. Po skończonej lekturze nie pozostaje nic innego jak oddać się w ręce dziwności. Nie pozostaje nic innego niż czytać świat jak otwartą księgę pełną nieskończonej ilości tekstów - poezji, prozy, dramatów osobniczych egzystencji, rozpisanych w partyturze historii wszystkimi językami świata. Podróże z Herodotem to hołd, jaki uczeń składa swemu przedwiecznemu mistrzowi.
Strach przed Innym
Indie, Chiny, Egipt, Iran - czytelnik przemierza te wszystkie miejsca razem z autorem. Dzieli jego niepokoje i strach. Czy istnieje bardziej intensywny rodzaj strachu niż strach przed Innym? Młody reporter ma do przekroczenia wiele barier - zarówno tych mentalnych jak i kulturowych. Jak bowiem zrozumieć świat ufundowany na zupełnie innych zasadach. Świat, który wydaje się być inna planetą, zasiedloną przez … właśnie, przez kogo? Podróż Kapuścińskiego nie ma nic wspólnego z zaspakajaniem turystycznego głodu i przebywaniem ekskluzywnych hotelowych pokojach, odseparowanych od codzienności tubylców. Nie ma nic wspólnego ze skomercjalizowaną turystyczną konsumpcją. Jeśli już można mówić tu o jakiejś, to jest to raczej pożeranie surowego, kulturowego mięsa. Na czas podróży zamyka on oczy, by móc patrzeć na świat oczyma ludźmi, których spotyka. By zrozumieć. Lecz czy to możliwe? Podróż, to przedziwny rodzaj samotności, na którą skazujemy się sami, by poddać się próbie, by ponownie odpowiedzieć sobie na banalne pytania, które wrosły pod skórę i krążą po naszym ciele i po naszej duszy wraz z krwią i nurtem życia. Podróż à la Kapuściński jest, nie bójmy się tego słowa, udręką. To rozprężenie wszelkich możliwych zmysłów po to, by świat mógł wyryć się w duszy na nowo, alfabetem dopiero co poznanym, dopiero co odkrytym.
Strony: 1 2
Wasze opinie
Nikt jeszcze nie dodał tu swojego komentarza. Bądź pierwszy !
| Pseudonim | |
| Wpisz tekst z obrazka: | |
| Tytuł | |
| Treść | |
Nie masz jeszcze konta? Załóż je!







