Krzysztof Maciejewski: Jacku, czy naprawdę urodziłeś się na pokładzie samolotu?
Jacek Skowroński: Cóż, nawet gdyby tak się stało, faktu tego oczywiście ani bym nie pamiętał, ani nie miałby on znaczącego wpływu na moje życie. O ile, rzecz jasna, samolot nie zostałby porwany, lecz to już byłby zapewne nadmiar szczęścia. Cóż, mimo szczerych chęci, nie potrafię sobie przypomnieć miejsca narodzin, i szczególnie tego nie badałem, ale wiem od mamy, że w wieku dwóch miesięcy odbyłem podróż lotniczą, nie obeszło się bez przygód, a pewna Bardzo Znana Osoba ze świata mediów opiekowała się moją maleńką osobą, co również chyba nie miało znaczącego wpływu na przyszłość. Choć, kto wie…?
Studiowałeś na Syberii… Co Cię tam zagnało?
Ach, oczywiście ciekawość oraz wrodzona skłonność do smakowania rzeczy niezwykłych i wybierania niecodziennych ścieżek. Trzeba pamiętać, że miało to miejsce w czasach minionego ustroju, który zasady nierealnego komunizmu próbował z uporem maniaka wcielać w życie. Czysty surrealizm dosłownie na każdym kroku, wszechobecny w eterze i programie nauczania – czułem się jak przeniesiony na plan filmowy, gdzie wszyscy bez wyjątku grają narzucone role, co bywało często szalenie zabawne, a niekiedy smutne tylko. Jednak nie żałuję ani sekundy spędzonej w Nowosybirsku. Dane mi było doświadczyć czterdziestostopniowego mrozu, brać udział w paradach z okazji rocznicy rewolucji październikowej, podróżować koleją transsyberyjską, udowadniać na seminariach wyższość ustroju komunistycznego nad kapitalistycznym. To ostatnie było, nawiasem mówiąc, tak łatwe jak przekonanie daltonisty, że świat jest czarno-biały.
No i cudowni, fantastycznie otwarci ludzie, z którymi przegadałem niejedną noc w asyście plamiącego gazetę śledzia i butelki płynu zacierającego wszelkie różnice.
Ponoć byłeś brukarzem, sprzedawcą butów, a nawet włóczęgą. Możesz nam coś opowiedzieć o tych etapach kariery?
Naprawiałem również lokomotywy, byłem akwizytorem, tragarzem, menelem i żołnierzem. To tylko wcielenia, którymi się żyje, by mieć co do garnka włożyć, lub nie mając po prostu lepszego pomysłu. Jestem raczej niespokojnym duchem, większość zajęć prędko nudzi mnie śmiertelnie. Często wydaje mi się, że prawdziwym rajem jest życie trampa, który nie wie wprawdzie, gdzie się obudzi, ale na całym świecie nie ma jednej osoby mogącej mu cokolwiek kazać. Może nocować w szałasie, ukraść coś na kolację, przyłączyć się na tydzień do cygańskiego taboru albo zakraść się nocą do portu i schować w ładowni statku, nawet nie sprawdzając, dokąd ma płynąć. Tak, to jest pomysł!
Kiedy zapadło postanowienie o zarabianiu na życie pisaniem?
To nie jest postanowienie, raczej cel ulotny i niepewny jak próba utrzymywania się z gry w ruletkę. Pisarzem pragnąłem zostać, odkąd Karol May zabrał mnie w dzieciństwie na Dziki Zachód. Jednak przez długi okres proza życia spychała mnie na dno tak głębokie, że nawet gwiazd nie było stamtąd widać. Ocknięcie się w kanałach zdawało się jedynie kwestią czasu. Jak by to dziwnie nie zabrzmiało - pomógł mi ojciec, którego od paru lat już nie było na tym najlepszym ze światów, a którego drogę w dół powtarzałem z zapałem godnym znacznie lepszej sprawy, i córka, mająca się dopiero narodzić. Dzięki nim udało mi się wygrać z przeznaczeniem, zwieść głupi los i wypiąć się na genetyczne uwarunkowania. Ale podobno suma nałogów pozostaje niezmienna, więc prędko należało znaleźć sobie nowy. Wtedy odżyły stare marzenia. W 2008 roku opublikowałem pierwsze opowiadanie w magazynie „Alfred Hitchcock poleca”, które wkrótce stało się początkiem powieści „Był sobie złodziej”. A dalej poszło siłą rozpędu, choć nie bezwładności.
| Pseudonim | |
| Wpisz tekst z obrazka: | |
| Tytuł | |
| Treść | |
Nie masz jeszcze konta? Załóż je!







