artykul
Niemiecki wrzesień 1939
Z Jochenem Böhlerem, autorem niedawno wydanej książki "Najazd 1939. Niemcy przeciw Polsce", rozmawia Małgorzata Gołaszewska

Małgorzata Gołaszewska: Co spowodowało, że zajął się pan sprawą Kampanii Wrześniowej i zbrodni Wehrmachtu w Polsce?

Jochen Böhler: Jest to łatwe do wytłumaczenia. Studiowałem wtedy historię w Polsce i szukałem odpowiedniego tematu na moją pracę magisterską (a, jak się później okazało, nawet na doktorską). Byłem na seminarium mojego profesora o wojnie na wschodzie i tam zauważyłem, że dwa pierwsze lata wojny nie były traktowane poważnie. Zaciekawiło mnie, że mówiło się o wojnie tylko od 1941 do 1944 i 1945 roku, kiedy więc mój profesor powiedział, że ktoś musi jeszcze zrobić lata 1939 do 1941, to ja się zgłosiłem. Szybko doszedłem do wniosku, że istnieje ogromna luka w historiografii niemieckiej, jako że natrafiłem na prace autorów polskich, którzy pisali o zbrodniach Wehrmachtu w Polsce w 1939 roku – natomiast w Niemczech nie było o tym żadnej wiedzy. Więc porozmawiałem z moim promotorem, powiedziałem mu, że coś jest nie tak, bo Polacy piszą także o zbrodniach Wehrmachtu, Niemcy natomiast tylko o Gestapo i SS. Profesor powiedział, że w takim razie mam temat, mogę to sprawdzić.

Na początek zrobiłem to, czego nie zrobili wtedy Polacy: pojechałem do archiwum wojskowego, gdzie były teczki Wehrmachtu. Polscy historycy pisali swoje książki i artykuły na temat zbrodni Wehrmachtu w Polsce tylko na bazie zeznań polskich świadków naocznych, tych, którzy przeżyli wojnę – powstało więc pytanie, czy oni sobie tego czasem nie wymyślili. Było oczywiście tyle dokumentów, że trudno było podejrzewać, że to tylko ich wyobraźnia, ale powstało pytanie, czy mogę znaleźć coś na ten temat w teczkach Wehrmachtu z 1939 roku. Bo jeżeli popełniano zbrodnie na tak masową skalę, to musiało się to jakoś odbić w dokumentach. I znalazłem odpowiednie teczki, w których jest to wszystko opisane… I tak to wszystko się zaczęło. Ja to po prostu badałem dalej, bo przedtem nikt nad tym nie pracował.

 

MG: Czy w Niemczech Pańska teza budziła wiele kontrowersji? W Niemczech rozróżnienie między zbrodniczym SS a rycerskim Wehrmachtem jest bardzo istotne. 

JB: Kontrowersje zaczęły się jeszcze przed moimi badaniami, kiedy w Niemczech otwarto wielką wystawę na temat zbrodni Wehrmachtu, która spowodowała dużą dyskusję społeczną w Niemczech. Był to proces bolesny i dyskusja trwała przez kilka lat. Przez ten czas w pismach i w telewizji, właściwie wszędzie była o tym mowa – ale dla mnie kluczowym punktem było to, że o Polsce nie było mowy. Kiedy zaczynałem swoje badania, dyskusja ta trochę się uspokoiła i ludzie już akceptowali fakt, że Wehrmacht brał udział w zbrodniach wojennych.

Kiedy opublikowałem wyniki moich badań, razem z IPN-em zrobiliśmy wystawę o zbrodniach Wehrmachtu w Polsce w 1939 roku w dwóch wersjach - polskiej wersji w Polsce, i niemieckiej w Niemczech. Byłem na każdym otwarciu wystawy z wykładem na jej temat i wtedy natrafiłem na dużo rozmaitych reakcji zwiedzających. Niektórzy mówili „tego jeszcze nie widzieliśmy, to jest bardzo dla nas ciekawe, pierwszy raz coś takiego widzimy”, ale byli też ludzie, którzy mówili „ po co to, przecież już zgodziliśmy się, że Wehrmacht popełniał zbrodnie, czemu teraz jeszcze coś takiego musimy akceptować?”. Otrzymałem dość krytyczne opinie nie tylko od strony ekstremistów, ale też od strony prasy konserwatywnej w Niemczech. Dochodziło nawet do tego, że sami historycy mówili, że jestem na tyle głupi, żeby uwierzyć komunistycznej propagandzie. W większości byli to jednak historycy nie czytający po Polsku, a to znaczy, że mieli tylko obraz rządzący w Niemczech i nie mieli przykład pojęcia o tym, że w 1939 roku nie był wojsk partyzanckich. Mogli więc twierdzić, że to były tylko reakcje Wehrmachtu na ruchy partyzanckie, przez co zbrodnie mogłyby być usprawiedliwione.

Reakcje były różne, ale ta dyskusja nie weszła na wyższe poziomy niż była przedtem. Poprzednia dyskusja, można by powiedzieć, przełamała lody, i wszelkie kontrowersje otaczające moją pracę były raczej kontynuacją poprzednich problemów.

 

MG: W swojej książce pisze pan nie tylko o micie ‘rycerskiego Wehrmachtu’, ale także o innych mitach, jak chociażby o tzw. Prowokacji Gliwickiej. Jak pan sądzi, dlaczego, po tylu latach i tylu publikacjach na ten temat, mity te wciąż jeszcze żyją w powszechnej świadomości?

JB: Wieloma rzeczami „poważni” historycy w Niemczech się nie zajmowali. Nie twierdzę, że jestem teraz pierwszym „poważnym” historykiem, który dotyka tych spraw - jednak jest tak, że historycy wiedzą więcej o tym, co się stało choćby właśnie w Gliwicach niż przeciętni ludzie, którzy mają tylko hasło w głowie. I jest to często tak wielka luka w wiedzy, że być może niektórzy dzisiaj myślą jakoby w Gliwicach naprawdę odbyła się polska prowokacja. Choć nie trafiłem na to na masową skalę, ale jestem jednak przekonany, że tak jest. Pisałem też tę książkę [„Najazd 1939”] specjalnie dla niemieckiego czytelnika, gdyż ludzie znają tylko hasła, jak na przykład ‘Prowokacja Gliwicka’ ale nie wiedzą dokładnie, o co chodziło. Wiedza historyczna w Niemczech, jeżeli chodzi o wrzesień 1939 roku i dni go poprzedzające, jest bardzo marna.


Strony: 1 2
Wasze opinie
Nikt jeszcze nie dodał tu swojego komentarza. Bądź pierwszy !

Zobacz wszystkie komentarze do tego artykułu


Pseudonim
Wpisz tekst z obrazka:

Tytuł
Treść


Nie masz jeszcze konta? Załóż je!

nick
 
haslo   
nowe konto     

Wyszukiwarka Top 10 Artykuly
 
© 2005-2011 Papierowe Myśli Design&engine Mateusz Płatos