Postsyjonistyczne marzenie o „nowym” Izraelu
Na kartach „Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski” Sand zapewnia, że nie wypowiedział intelektualnej wojny swojemu państwu i absolutnie nie jest jego wrogiem. A wszystkie argumenty typu „oto mamy Żyda, który postanowił przywalić innym Żydom” są zwulgaryzowaniem szczytnej i w jego rozumieniu oczyszczającej myśli. W odróżnieniu od niektórych nieizraelskich, choć żydowskich krytyków jego dzieła, on, Shlomo Sand, (co często zaznacza), nie zamierza się go wypierać, gdyż dobro kraju leży mu na sercu. Wie on także doskonale, że „odebranie Izraelowi prawa do istnienia przyniosłoby jedynie nową tragedię”. Właśnie dlatego albo tym bardziej dlatego zdecydował się „podjąć ryzyko zadawania sobie bardziej radykalnych pytań na temat przeszłości.” Te pytania – jak twierdzi – „przyczynią się do zmniejszenia siły przywiązywania do tożsamości natury esencjalistycznej, do której przywiązani są dziś prawie wszyscy Izraelczycy pochodzenia żydowskiego.” W końcowych fragmentach książki Sand kreśli swe marzenia o tym, by Izrael stał się klasycznym państwem demokratycznym w republikańskim i liberalnym znaczeniu tego słowa. Państwem wszystkich obywateli: Żydów i Izraelskich Arabów. By tak się stało, należy odrzucić syjonistyczną „mantrę” o biologicznym monolicie czy duchowej jedności narodu żydowskiego. Faktycznie specyficznym idiomem Izraela pozostaje judaizm coraz bardziej rozumiany nie tylko jako religia, ale i świecka kulturowa tradycja. Czymś takim jest również kluczowe izraelskie „prawo powrotu” będące prawną emanacją pamięci Holocaustu. Wyznacznik, który dla rozsypanej po świecie diaspory wciąż pozostaje niezmiernie ważny. Paradoksalnie, czego nie wspomina Sand, to nazistowskie ustawy norymberskie z 1936 r. a później kominy krematoryjne, okazały się silniejszym „syjonistycznym” spoiwem niż XIX-wieczne koncepcje „narodu” głoszone przez Theodora Herzla. Zagłada pogrzebała także autonomiczną i idealistyczną wizję budowy jidyszlandu, tak ukochaną i krzewioną przez Bund. Pozostało świadectwo Shoah i zgliszcza socjal-syjonizmu, na którego podstawach budowano od 1948 r. Izrael. Mam wrażenie, że Sand choć oczywiście zna te uwarunkowania to jednak nie bierze ich pod uwagę w swojej walce z syjonizmem. Brytyjski historyk żydowskiego pochodzenia Simon Schama oceniając książkę na łamach „Financial Times” powiedział: „Izrael jest lekarstwem na zbrodnię, o której Sand nic nie mówi”. Zarzut ten wystosowany w stronę izraelskiego badacza wciąż pozostaje w mocy.
Shlomo Sand, czego nie kryje duchowo i politycznie, czuje się związany z postulatami powstałego na początku lat 90-tych XX w. tzw. ruchu postsyjonistycznego, czego wyrazem miałaby być także i jego kontrowersyjna książka. Profesor uniwersytetu w Tel-Awiwie, tak jak inni postsyjonisci, uważa syjonizm za ideę, która nie tylko się wypaliła, ale weszła też w fazę szkodliwości. Dlatego czym prędzej powinna ulec samorozwiązaniu. Sand sugeruje, by Izrael wreszcie zrezygnował z bycia nacjonalistycznym strażnikiem „żydowskości” i zaakceptował swą „izraelskość”, a wiec również różnorodność. Taki ruch byłby jednocześnie doskonałym gestem w stronę swych współobywateli – Izraelskich Arabów. Więcej, mógłby być zawezwaniem, by przemodelować kraj w dwunarodowe nowoczesne, liberalne i otwarte dla wszystkich państwo. Z takim politycznym credo Sanda można pozytywnie dyskutować, a nawet mu przyklasnąć. Jednakowoż amunicję, jaką do osiągnięcia tego celu wybrał, w postaci pracy „Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski” nie jest i nie może być dobrym pomysłem. Nawet najbardziej szczytne hasła polityczno-społeczne nie powinny służyć do naginania historycznych badań, a w szczególności tak trudnych i delikatnych, jak kwestia diasporowego i narodowego kształtowania się żydowskiej tożsamości. Nie tędy droga...
| Pseudonim | |
| Wpisz tekst z obrazka: | |
| Tytuł | |
| Treść | |
Nie masz jeszcze konta? Załóż je!







