Nie lubię cyrków. Odrzuca mnie cały sztafaż z nimi związany, plebejskość rozrywki, niehumanitarne warunki, w których przebywają zwierzęta, powtarzalność formuły. Odrzucam więc prawie całą cyrkową rzeczywistość. Powieść "Woda dla słoni" niejako potwierdza wszystkie powody mojej niechęci, ale z drugiej strony pokazuje, że jednak coś tracę.
Bohaterem powieści jest 90-letni Jacob Jankowski dożywający swoich dni w luksusowym domu starców. Wizyta zespołu cyrkowców w pobliskiej wiosce wzbudza w nim wspomnienia - okazuje się, że również on należał kiedyś do cyrkowej braci - w dawnych, romantycznych czasach, kiedy cyrki przemieszczały się kolejami (pamiętacie pierwsze sceny filmu "Indiana Jones i Ostatnia Krucjata"?). W swojej młodości, która przypadała na okres Wielkiego Kryzysu, Jacob po tragicznej śmierci rodziców i porzuceniu końcowych egzaminów spędził nieco czasu w tajemniczym świecie cyrku zwanego Najbardziej Osobliwym Zjawiskiem Na Świecie Braci Benzinich. Zupełnie przypadkowo Jakob został cyrkowym weterynarzem... Jego wspomnienia stanowią główną treść książki.
Cyrk ze wspomnień starca to miejsce pełne podziałów - artyści nie bratają się z robotnikami, sypiają w oddzielnych wagonach. Niepotrzebni pracownicy są wyrzucani - ale w tym przypadku słowo "wyrzucenie" nie jest eufemizmem dymisji, ale faktem dokonywanym nocą z pędzącego pociągu. Zwierzęta są karmione zepsutym mięsem, a ludzie nie dostają pieniędzy za swoją pracę. Ale w tym całym świecie jest przecież także magia, osobliwy most łączący dorosłość z dzieciństwem, kiedy z wypiekami na twarzy oglądaliśmy występy woltyżerów lub z nieco niezdrową satysfakcją zwiedzaliśmy gabinety osobliwości. W tym świecie jest także miłość - a jej ofiarą pada młody weterynarz, który zakochuje się w żonie dyrektora areny, psychopatycznego tresera Augusta. A nieco wcześniej Jacob zakochuje się również - innym rodzajem miłości rzecz jasna - w słoniu, a właściwie słonicy.
Cała historia opowiedziana jest z pełnego podziwu dystansu - brak w niej krwawych detali, cierpienie oglądamy zwykle osłonięci płótnem cyrkowego namiotu. To zresztą rodzi pytanie o naturę opisanej rzeczywistości. Może patrzymy na nią przez filtr wspomnień dogorywającego staruszka (bo przecież we wspomnieniach wszystko ma żywsze barwy, a nieprzyjemne szczegóły się zacierają), a może też większość faktów to konfabulacje, zmyślenia zmęczonego umysłu, który nie radzi sobie już nawet z rozpoznawaniem imion? Tak naprawdę, odpowiedź na to pytanie ma drugorzędne znaczenie. Liczy się tylko magia pamięci - to, że pomaga pamiętać i zapominać.
Ciekawe jest też, w jaki sposób wspomnienia rymują się z szarą codziennością - oczekujący na wizytę swoich synów Jakob odczuwa bliźniacze odrzucenie do tego, które łupem pada w jego opowieści niejaki Wielbłąd. Imię dawno zmarłej słonicy z cyrku Benzinich w dziwny sposób kojarzy się z imieniem czarnoskórej pielęgniarki z domu starców. A może im dłużej żyjemy, tym częściej mamy do czynienia z taką magią skojarzeń? Młodość i starość - to wcale nie są przeciwieństwa, a raczej odbicia w krzywym zwierciadle tej samej rzeczy.
Na swój sposób fabuła jest sztampowa, niektóre osoby mogą nawet się zrazić do książki po przeczytaniu zakończenia. A finał powieści jest baśniowy i krzepiący. Zastanawiam się, jak bym odebrał tę książkę za kilkadziesiąt lat? Dziś ją w każdym razie polecam.
PS. Zawsze jest miłym akcentem, kiedy zagraniczny pisarz głównym bohaterem swojej opowieści czyni Polaka. Szkoda tylko, że w kilku miejscach ostateczna korekta ewidentnie dała ciała. Z podziękowań autorki we wstępie wiemy, że niektóre zdania umieściła w ich polskim oryginale. Ma to zresztą bardzo istotne znaczenie dla fabuły. Prawdopodobnie w pierwotnej wersji zaznaczono, o jakie zdania chodzi. W druku to zaznaczenie zniknęło, w związku z czym kluczowy wątek przez kilkanaście stron jest dla polskiego odbiorcy niezrozumiały...