Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /domains/papierowemysli.pl/public_html/engine/class_connect.php5 on line 12
Jean-Philippe Stassen, Deogratias. Opowieść o Rwandzie: Rwanda pod naszym dachem


Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /domains/papierowemysli.pl/public_html/engine/class_connect.php5 on line 12
Index książek > Przeczytaj o książce

Deogratias. Opowieść o Rwandzie


    info

Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /domains/papierowemysli.pl/public_html/engine/class_connect.php5 on line 12

Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /domains/papierowemysli.pl/public_html/engine/class_connect.php5 on line 12
Autor:
   Jean-Philippe Stassen
Wydawnictwo:
   Egmont
ISBN:
   978-83-237-2551-0
Rok wydania:
   2009
Liczba stron:
   80
Cena:
   29 zł
Kategoria:
   Inne

Ocena recenzenta:

8 / 10

Ocena użytkowników (Głosów: 0)

Brak



Twoja ocena to
 /10 

    ksiazka

Rwanda pod naszym dachem


Forma książki Stassena jest formą specyficzną; nie spotykamy się przy lekturze ze standardową powieścią wielkiego formatu; Deogratias jest inaczej i jest czymś więcej. Tym bardziej warto go poznać. *
Na początku, jeszcze przed lekturą Deografiasa warto sobie postawić trzy i pół pytania, wszystkie zaczynające się od "dlaczego?". Dlaczego powinniśmy choć raz w dorosłym życiu sięgnąć po powieść graficzną? Dlaczego warto choć na chwile zainteresować się historią współczesnej Afryki? Dlaczego pomysł narysowania historii masakry w Rwandzie był pomysłem trafionym i dlaczego dobrze, że zrobił to Belg?

Dla tych, którzy z twórczością słowno-graficzną są za pan brat następny akapit będzie wtórny. Jest jeszcze jednak spora rzesza czytelników, którzy nie wyrobili sobie na ten temat zdania, i to do nich kieruję swoje słowa.

W Polsce lansuje się w ostatnich latach termin "powieść graficzna"; chwyt ten, mający za zadanie zniwelowanie negatywnych skojarzeń jakie pojawiają się przy haśle "komiks", jest (oczywiście) kalką strategii amerykańskich wydawnictw, która dobrze przyjęła się na rodzimym gruncie. Dlatego też w pierwszym z powyższych pytań użyłam słowa "powieść graficzna" - próbuję upolować czytelników, którzy po wyłapaniu słowa "komiks" nie podejmują dalszej lektury. Wydaje się, że niechęć do komiksu wynika przede wszystkim z utożsamienia każdego tytułu z superbohaterskimi zeszytami, dostępnymi w kioskach Ruchu (które - warto wspomnieć - mają olbrzymią kulturotwórczą rolę i są przedmiotami naukowych analiz). Można snuć przypuszczenia, że nasza kultura niechętnie widzi ilustracje przy tekście; kojarzą się z niewyrobioną publicznością, której trzeba nie tylko napisać, ale i narysować żeby zrozumiała.

W jeden tylko sposób mogę zachęcić do sięgnięcia po komiks/powieść graficzną - zafundujmy sobie doświadczenie zupełnie egzotycznego tworzywa, melanż kodu werbalnego i graficznego; kultura, w której żyjemy jest "zgraficyzowana" w bardzo wysokim stopniu, z czego często nie zdajemy sobie sprawy. Ilość informacji, jaką przyjmujemy z rysunków jest olbrzymia; poddajemy, często nie do końca świadomie, analizie atmosferę, skojarzenia, kompozycję, kolor, styl, charakter kreski. Warto zobaczyć, jak śledzenie naraz opowieści zrobionej w słowie i kresce wpływa na jej odbiór. Co nam daje, czy coś odbiera?

Czemu ja mam właściwie czytać coś o tej Rwandzie, milion mil stąd, krew, bagna, zgrzytanie zębów, świst maczet (a może jednak karabiny?), świat jest smutny i bez tego, w dzienniku nie podali, nie bądźmy masochistami, nie wiem o co tam chodziło, mnie to nie dotyczy, to ci Tutsi i Hutu?, a ręce umyłeś gówniarzu?, dajcie mi wy wszyscy święty spokój. Tak możecie powiedzieć, kiedy wciskam Wam w ręce komiks o masakrze, która wydarzyła się w Krainie Tysiąca Wzgórz, w latach dziewięćdziesiątych, pod okiem ONZ. Przyznam, że i ja tak mówiłam przez długi czas, nie śledząc doniesień o kolejnej wojnie, konflikcie etnicznym czy militarnym; skróty ONZ i NATO obniżały moją czujność i zainteresowanie. Natłok państw i nieznane zaszłości ich konfliktów, które rzutowały na współczesność, dużo jednocześnie suchych i przerażających faktów, mnogość zdjęć, czasem fotografów, czasem hien fotograficznych, przedstawiających ciągle to samo - trupy, płaczące dzieci, ciała, zawodzące kobiety, gazety na twarzach, oszalałych z żałości lub zbrodni mężczyzn. To po prostu była nie moja bajka. Deogratias przypomniał mi o istotności pytania "dlaczego?". Dlaczego Tutsi i Hutu? Skąd ten konflikt? Co działo się w tym małym, nieżyznym kraiku, który wygląda na mapie jak drobne serce Afryki? I najważniejsze z nich - kiedy zaczniemy krytycznie myśleć o przynajmniej dwustuletniej interwencji w życie, kształt i konstrukcję Afryki? Uwaga krytycznej Europy skupia się w pierwszej kolejności na Holokauście, zamiatając pod dywan kwestie bardziej współczesne. Wchodzę tutaj na bardzo grząski grunt, jakim jest mówienie o historii i potrzebie jej - złe słowo - rozliczania. Tak jak średnio rozliczyliśmy się jako "Europa" z wytrzebiania Indian (nie mówiąc już o problemie, jaki mają z tym Amerykanie), tak nie mówimy za wiele i zbyt głośno o ciągu rzezi, do których - z bliska lub z daleka - dołożyliśmy rękę w Afryce. Dlaczego warto? Bo po nitce wydarzeń dojdziemy do kłębka motywacji. Poznamy lepiej złe skłonności, które w nas żyją, idee i mechanizmy, które wbijają nas w sztuczną dumę, ograniczającą empatię, wrażliwość, refleksję, co nieuchronnie prowadzi do krzywdy. W skali mikro - w związku czy rodzinie, czy w skali makro - w społeczeństwie, polityce czy pisaniu książek. Pomysł, że np. sztuka Aborygenów, to nie jest nasza biała sztuka, która zatrzymała się w rozwoju na tysiące lat przed Chrystusem, tylko zupełnie odrębna, unikatowa i wysokoartystyczna działalność, oparta na skomplikowaniu technicznym, mitologicznym i rytualnym, jest świeża na powszechnym humanistycznym stole jak bułeczka, którą jedliście dzisiaj na śniadanie. Nie jest jednak tak łatwo ją pogryźć, wiele bowiem ludzi przywiązało się do różnych postaci supremacji.

Dochodzimy tutaj do odpowiedzi na pytanie - dlaczego dobrze, że Stassen, autor Deogratiasa jest Belgiem (i, co prze-istotne, żyjącym i tworzącym w Rwandzie). Otóż dlatego, że Belgowie (razem z Francuzami) zapisali własnoręcznie wiele czarnych kart historii Rwandy, głównie za sprawą manipulacji wobec zastanych porządków etnicznych. Początkowo, dopatrując się wśród Tutsich bardziej europejskich rysów nadali im status "lepszych", blokując dostęp do urzędów i wyższego wykształcenia wszystkim Hutu (podczas gdy pierwotnie Hutu zajmowali część wysokich stanowisk).Gwoździem do trumny było wpisanie - w latach 30-tych XX wieku! - Rwandyjczykom do dowodów przynależności rasowej, która, wbrew temu co się sądzi, nie była przesadnie sztywna; Tutsi mogli stać się Hutu i na odwrót (co znaczące, ich język, kinyarwanda nie posiadał słów na określenie przynależności etnicznej, ani słowa "plemię"; społeczeństwo składało się z mieszanych klanów). Blokując ruchy niepodległościowe Belgowie podburzyli rolniczą większość Hutu, by zajęli miejsce Tutsich, co rzeczywiście się stało. Spirala przemocy zaczęła się nakręcać. Rwanda jest jednym z najgęściej zaludnionych krajów Afryki, co przyczynia się do kryzysów związanych z posiadaniem ziemi i falami głodu. Konfiskata majątków Tutsich i przekazywanie ich w ręce Hutu, getto ławkowe, ograniczanie dostępu do edukacji wyższej, powtarzające się pogromy, za których winnych nie karano - tak wyglądała polityka Juvenala Habyarimana, prezydenta Rwandy, wspieranego militarnie przez rząd Francji (ciągle nierozliczonej...). Trudno nie zauważyć podobieństw pomiędzy opisanym powyżej procederem, a działaniami podejmowanymi w stosunku do Żydów w przededniu II Wojny Światowej. Jeśli doda się do tego, że na antenie radiowej Tutsich nazywa się karaluchami i wzywa się - początkowo oczywiście w żartach - do ich eksterminacji, podobieństwo staje się uderzające. Eksterminacja stanie się faktem; po zestrzeleniu samolotu prezydenta, winą obarczeni zostają Tutsi, co daje prawo do wzięcia na nich - wrogim i zdradzieckim elemencie - krwawego odwetu; w masakrze zginie około miliona osób. Po dziewięciu latach amnestia obejmie 40 tys. osób skazanych za akt ludobójstwa.

Dlaczego warto czytać komiks o tej masakrze? Grunt przygotował już Maus Arta Spiegelmana. Różnice są jednak dwie; o Holokauście po prostu wie się i mówi, Spiegelman opisuje historię, która jest powszechnie, choć lepiej lub gorzej, znana. Słowo "Auschwitz" i podtytuł "Historia ocalałego" informuje czytelników czego mogą się spodziewać. Poza tym, wybitny, z nerwem rysowany Maus jest w warstwie przedstawienia nierealistyczny w tym sensie, że zamiast ludzi występują w nim zwierzęta. Deogratias , kolorowy, realistyczny (z pewnym wyjątkiem), opowiada - jak wspominałam - o mało znanej historii masakry w Rwandzie.

Bardzo dobrze, że komiks jest kolorowy. Przełamuje to stereotypową czarno-białość, zarezerwowaną dla poważnych historii w powieściach graficznych. Kolor zupełnie inaczej angażuje wzrok niż czarna kreska; przede wszystkim rośnie wrażenie realizmu, ale też pozwala to na specyficzną ekspresję autora. Warto również dodać, że czerń stresuje nas, gdy długo czytamy czy oglądamy zadrukowane nią płaszczyzny. Dlatego w podręcznikach autorzy starają się ograniczyć czarną farbę.

Okładka tego komiksu mnie hipnotyzuje. Ma w sobie niebywałe metafizyczne napięcie; tkwi ono w niebie, które ogłusza swoją nieskończonością, w parnym, przykrywającym wszystko gorącu pomieszanym z ciszą i w tym, co czai się pod nią, co tkwi w małym, pokracznym, skulonym chłopcu, łypiącym czerwonawymi białkami oczu. Jesteśmy świadkami dramatu, choć jeszcze nie wiemy jakiego; jak w teatrze nō, absolutna cisza towarzyszy fabularnej kulminacji. Nie cały komiks jest taki. Fragmenty tej ciszy rozsiane są po nim, by wytrącić nas od czasu do czasu z opowieści, która nie zapowiada się na to, czym jest.

Fabuła rozgrywa się po trzykroć na dwu planach: teraźniejszym i retrospektywnym, trzeźwym i schizofrenicznym, białym i czarnym. Poznajemy chłopca lub młodego mężczyznę, Deogratiasa, obdartego, na wpół przytomnego, gdy przychodzi do swojego "znajomego", francuskiego sierżanta, który służył w Rwandzie, a obecnie wrócił tu jako turysta. Piją razem piwo, "białe", schłodzone, nie ciepłą, lokalną urwagwę, robioną z soku bananowego i prażonego sorgo. Urwagwa towarzyszy zresztą Deogratiasowi przez cały komiks, stając się czymś na kształt fantazmatu, nośnikiem tożsamości, osią fabuły. To szczególne kulinarne przeciwstawienie piwo-urwagwa jest bardzo interesujące; szczegół, świadczący o znajomości realiów, staje się zarazem fabularnym napędem i kategorią myślenia.

W retrospekcji Deogratias jest w wieku miłosno-seksualno-inicjacyjnym, interesuje się więc płcią przeciwną i szybko lokuje swe uczucia w Apolinarii, jednej z dwóch sióstr Tutsi. Ich matka pracuje jako prostytutka, starając się, oprócz środków do życia, zapewnić dostęp chociaż jednej z nich do college’u. W tle mamy katolickiego księdza-misjonarza, ojca jednej z dziewcząt oraz bliższych i dalszych znajomych Deogratiasia, Apolinarii, Beniny i ich matki Venity.

W planie współczesnym mamy wspomnianego byłego żołnierza i brata Filipa, pogodnego i poczciwego opasłego misjonarza z krajów Beneluksu, który przybywa do Rwandy, zupełnie nieświadom napięć, które rozsadziły ten kraj kilka lat wcześniej i których drgania odczuwa się do dziś.

Spinający te dwa plany Deogratias jest "wariatem", który zamienia się w psa, gdy zabraknie mu urwagwy. Jest też Hutu. Plan retrospektywny umieszczony jest w czasie zestrzelenia samolotu prezydenta i narastającej fali przemocy, ponawianych wezwań do wymordowania Tutsich. Krok za krokiem zbliża się katastrofa. Kto przeżyje masakrę? Pobożna Apolinaria, cięta, rewolucyjnie nastawiona Benina, ich przepiękna matka czy zakochany w niej Pigmej (trzecia, obok Tutsi i Hutu, grupa etniczna w Rwandzie, określana jako Twa)? Kto i po co wróci do Rwandy? Czy Deogratias zdobędzie to, czego chciał? Czy złapie do ręki maczetę, by nie ryzykować śmierci z rąk innych Hutu? Czy brat Filip umrze wypijając środek przeciwko insektom u krów? Oprócz ważnej i trudnej tematyki Stassen (który - co bardzo mnie wzrusza - połączył swoje życie z krajem, którego historię opowiedział) proponuje wartką, chociaż katastroficzną akcję, której sploty, na różnych poziomach, można śledzić z bólem i przyjemnością.


* Dla osób, które chcą poczytać o samym Deogratiasie, a nie o historii konfliktów w Rwandzie i ewolucji komiksu w powieść graficzną - wytłuszczam to, co jest właściwą recenzją. :-)


Autor: Maria Nowakowska   Data: 02.12.2009



Zobacz komentarze do tej książki [
Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /domains/papierowemysli.pl/public_html/engine/class_connect.php5 on line 12
0]

    autor

Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /domains/papierowemysli.pl/public_html/engine/class_connect.php5 on line 12
Jean-Philippe Stassen

Agent Afryki



Wiesz, jak wygląda paszport, który przeszedł ze swoim właścicielem przez Algierię, Maroko, Senegal, Benin, Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghanę, Togo, Niger, Nigerię, Burkina Faso, Tanzanię, Mozambik, Ugandę, Burundi, Rwandę i RPA? Stassen wie. To jego.



nick
 
haslo   
nowe konto     

Wyszukiwarka Top 20 Ksišżki
 
ˆ 2005-2015 Papierowe Myśli Design&engine Mateusz Płatos