Zacznę od pochlebstw, co gorsza – pod własnym adresem. Rzadko zdarza się, żeby czytany utwór przerósł mnie czy zaskoczył na tyle, bym po lekturze została z oszołomionym „ale o co właściwie chodzi” w głowie. Dotychczas było tak np. z komiksem Blackhole Charlesa Burnsa, utworem, który jest jednym z najwybitniejszych, jakie miałam okazję czytać – zarówno w obrębie gatunku, jak i literatury w ogóle. I oto trafiam na dzieło podobnego kalibru, chociaż tak inne estetycznie – na tom Dziadek Leon. Brzydki, biedny i chory oraz Módl się za nami .
Ten komiks jest labiryntem wytyczonym na palącym gruncie ponowoczesności; od krytyki kapitalizmu i merkantylizacji wszelkich wymiarów życia, przez opis kryzysów emocjonalnych i depresji po ukazanie zagrożeń ze strony histerycznej, sekciarskiej religijności – podążamy za Gege aż do stalowej paszczy Minotaura.
Autorzy tego komiksu nie stronią od groteski i przerysowań; podczas lektury pojawia się jednak wrażenie, że czasy i porządek, w których żyjemy razem z Gege, są w pewnych odsłonach tak karykaturalne, że Dziadka Leona możemy uznać za upiorny dokument spod znaku małego realizmu.
Pisałam już przy okazji recenzji pierwszego tomu o charakterystycznych cechach stylu Creciego. Od czasów tej publikacji (komiksu, nie mojej recenzji) jego maestria jeszcze wybujała, czyniąc z Brzydki, biedny i chory oraz Módl się za nami album w znacznie szerszym znaczeniu niż komiksowy. Paleta pozostaje bez zmian, wahając się od przyjaznego ciepła zabielanej pomidorówki (piszę tak, byście nabrali większego apetytu) po melancholijne błękity, z ostrymi akcentami zarezerwowanymi dla wydarzeń rozgrywających się w klubach nocnych. Crecy w niebywały sposób oddaje zarówno specyfikę prowincjonalnego miasteczka, jak i zagadkową obcość Paryża klasy B.
W tytule tomu nie wymieniono jeszcze jednej części, która – w bardzo przewrotny sposób – wchodzi w jego obręb – „Poradnika savoir-winner”. Cóż bowiem sprowadza Gege do stolicy Francji? Nieszczęśliwy splot wydarzeń i szczypta prawdziwego pecha. Otóż , na skutek pomyłki, w księgarni zamiast spodziewanej książki o radioaktywnym ogrodnictwie, dostaje wspomniany poradnik autorstwa Briana Moldurena. W międzyczasie żona Gege, w wyniku zatrucia lakierem do włosów z rodzinnej fabryki swego męża, traci ciążę. Gege stacza się w otchłań depresji, nieopatrznie chwytając się książki, która – jak zapowiadała – odmieni całe jego życie.
Powraca tu wątek antykapitalistyczny, tak silnie eksploatowany w pierwszym tomie; książka Moldurena zaczyna się frazą „Na początku było słowo. Słowo >>przedsiębiorczość<<”. Jest to typowa publikacja z cyklu „domorosły trening menedżerski dla zdeterminowanych”, wypełniona przykładami z życia wielkich mężów gospodarki – przede wszystkim zaś Hitlera i Moldurena. Gege wpada w nią z łatwowiernością dziecka, gotowego przebiec skrzyżowanie po przekątnej na widok cukierka; a trzeba dodać, że jest to cukierek w bardzo ekskluzywnym, lakierowanym papierku. Gdy spojrzymy na niego od tej strony, Dziadek Leon 2 to także gorzkie memento, ukazujące nam jak niewiele trzeba, by z przyjaznego – wybaczcie mi proszę określenie – gamonia, stać się gamoniem cynicznym, bezdusznym i amoralnym. Przy okazji warto zwrócić uwagę, że „Poradnik savoir-winnera” w interesujący formalnie sposób przenika się z „właściwą” częścią komiksu.
Chomet oddaje tym komiksem hołd postaci flâneura, w którą – z przypadku? z uporu? z ochoty? w wyniku obłędu? – wciela się Gege; jest to jednak bardzo smutne oblicze tej tradycji, właśnie za sprawą głównego bohatera.
„Brzydki, biedny i chory oraz Módl się za nami” przesiąknięte są wątkami i obrazami przywodzącymi na myśl twórczość Kafki oraz – do pewnego stopnia – Schulza. Ze względu na liczne odwołania do marionetkowego świata nasuwa się skojarzenie z Bergmanem. Właśnie ten wątek w komiksie wzbija się na wyżyny enigmatyczności. Sama wymowa komiksu jest dosyć oczywista, jednak powikłania fabularne, a nade wszystko niesamowity ładunek upiornego surrealizmu zdarzeń i kreski czynią ten utwór zagadkowym, niepokojącym, niejednoznacznym. Samo przeprowadzenie rozdziału na „prawdę” i „fikcję” w obrębie komiksowego świata nastręcza niemałych problemów. Niesamowicie barwne są postaci drugiego planu, które z biegiem kartek stają się bardziej wyraziste od samego Gege. Zwłaszcza urocza, ale twarda jak brylant babcia, ex-partyzantka i diaboliczny mesjasz-księgowy zasługują na wspomnienie. To zaskakujące, że przy tak specyficznej, wahającej się między surrealizmem a ekspresjonizmem, formie przedstawienia postaci cechuje taka naturalność gestów, ruchów, zachowań; talenty Chometa i Creciego idealnie się w tym zgrały. Końcówka (ale i kilka fragmentów po drodze – zwł. z udziałem marionetki Dziadka Leona) rozbroiła moje zdolności poznawcze i analityczne. Nie jestem pewna tego, co przeczytałam i jest to uczucie dziwne, zaskakujące i działające na mnie z baśniowym magnetyzmem.
Zastanawiam się czy osoby, które nie miały okazji przeczytać pierwszego tomu Dziadka Leona nie będą miały problemów ze zrozumieniem zdarzeń opisanych w kontynuacji. Wydaje mi się, że taka lektura będzie wyprawą trudną, po niepewnym gruncie, ale nie niemożliwą. Warto jednak skusić się na obie części; prostsza, pierwsza i bardziej oniryczna druga składają się na niepokojący portret współczesności, w którym możemy się zarówno zanurzyć, jak i przejrzeć.
PS. Zastanawiam się również, czy skoro recenzja wyszła mi taka przeintelektualizowana, to czy sam komiks taki nie jest... zachęcam do sprawdzenia samemu :-)