Klara zasznurowała sobie usta, gwoździami winy zabiła wejście do żołądka, z wyrzutów sumienia ulepiła czop blokujący wejście do przełyku. Szkorbut, liszaje i sine, jak u żywego trupa po prostu wargi to niewygodne dowody na to, że jest silniejsza od was wszystkich. Że tylko ona może, nikt inny nie zasługuje na to, żeby jeść. A Klara i tak nie je, nie musi, to nie jej słabość.
Książki o anorektyczkach pisze się od dawna i jest ich na rynku sporo ze względu na duże zainteresowanie tematem. Dawniej powieści opowiadające o opętanych pragnieniem perfekcji kobietach wydawano w Stanach, a do Polski, z dużym poślizgiem czasowym wędrowały ich tłumaczenia. Dopiero później również w naszym kraju zaczęto poruszać w literaturze temat anoreksji. Choć wydawać by się mogło, że jest to zagadnienie będące na pograniczu niszowości, jego odbiorców szukać można w wielu środowiskach. Po pierwsze, same zainteresowane, którym czytanie o cudzych zmaganiach dodaje otuchy. Po drugie, rodzice dzieci, które wybrzydzają przy jedzeniu, nagminnie się odchudzają czy wpadają w kompleksy – znając anoreksję tylko z nazwy wolą się w tym temacie dokształcić, zanim ich latorośl trzeba będzie ratować. Trzecią, obecnie największą grupą czytelniczek powieści o zaburzeniach odżywiania są dziewczyny z nurtu "pro-ana", które z własnej woli próbują się wpędzić w chorobę. Dla nich każda taka powieść jest jak poradnik "zrób to sam", dlatego też kolekcjonują wszystko, co ukaże się drukiem i przekazują sobie nawzajem wszystkie zgromadzone pozycje.
Do kolekcji wyżej wymienionych grup czytelników w połowie 2009 roku trafiła kolejna anorektyczna powieść, "Zaplecze" Marty Syrwid. Od innych wydawnictw tego typu odróżnia tę publikację... temat. W przeciwieństwie do większości książek o zaburzeniach odżywiania, tutaj tematem nie jest ciało narratorki, Klary, ale jej wnętrze. Nie będziemy tu więc mieć do czynienia z opisami każdej kolejnej fazy głodu, katowania ciała zimnem, gorącą wodą, morderczymi ćwiczeniami, przepisami na to, jak dobrze włożyc sobie palce do gardła. Spotkamy małą dziewczynkę, całkiem jeszcze szczęśliwą, która podobnie jak jabłko pozostawione w złych warunkach, gnije od środka. Proces ten możemy obserwować jako bezwolni słuchacze jej strasznej opowieści, widząc, dokąd to wszystko zmierza. Od samego początku zauważając każdy jeden błąd wychowawczy, marząc o tym, żeby każdego, kto tych pomyłek nie widzi potrząsnąc, otrzeźwić, powstrzymać. Zanim na naszych oczach wyrośnie poczwarka z wielkimi od głodu oczami przysłoniętymi klapkami, przez które wszystki widać jak w krzywym zwierciadle.
Przeczytanie "Zaplecza" Marty Syrwid zajęło mi jeden dzień. Zawsze w takich chwilach żałuję, że nudne, marne książki mogą się wlec przez tydzień albo i dłużej, podczas gdy każda powieść, którą pochłonęłabym z radością w wersji XXL, kończy się zbyt szybko. Jest to powieść wstrząsająca, ale czytająca się sama. Nie banalna, a mogąca uchodzić za literaturę z pogranicza wysokiej. Nie wiem, jak Marta Syrwid sprawdziła by się w innej niż anorektyczna tematyce, dlatego z niecierpliwością czekam na jej kolejną powieść. I, korzystając z okazji, pozdrawiam moją rówieśniczkę.