Basia i bałagan jest kolejną odsłoną basiowego cyklu, który realizują Zofia Stanecka i Marianna Oklejak. Zanim jednak przejdziemy dalej, powinnam na wstępie uczynić pewne wyznanie: nigdy nie byłam dzieckiem chowanym wedle tabelki. Z wyrywkowego kontaktu z programami typu Superniania wiem, że obecnie trend jest odwrotny – tabelka obowiązków być musi, by budzić w dziecku różne poczucia, zwłaszcza zaś bezpieczeństwa i odpowiedzialności. Wydaje mi się, że owo budzenie może (a w wypadku bezpieczeństwa – powinno) obyć się bez tabelkowego wspomagania, mogę to jednak oceniać tylko po własnym przypadku.
Należy więc pamiętać, że recenzja ta powstaje w oparciu o przekonania osobiste autorki, które mogą się nie pokrywać ze światopoglądem Czytelników. Inna sprawa, że przesadny porządek do dziś wydaje mi się pedantyczną aberracją, której należy się skrupulatnie wystrzegać. Ale do rzeczy.
Książeczka skonstruowana jest z króciuteńkich rozdziałów; każdemu z nich przydzielony został w tytule dzień tygodnia i obowiązek do wykonania. I tak poniedziałek to wyjmowanie naczyń ze zmywarki, a wtorek to godzinna zabawa z Frankiem (młodszym bratem Basi). Wprawdzie w tekście dziwi się tej wtorkowej posłudze zarówno Basia, jak i jej mama („myślała o obowiązkach, które niekoniecznie powinny być obowiązkami”), to jednak Autorka postanowiła zostawić tekst w takim kształcie. Może na znak tego, że obowiązki też mogą być przyjemne? Ale czy nie prościej byłoby powiedzieć, że prace domowe mają swoje pozytywne konsekwencje? Że w ich efekcie można otulić się pachnącym kocem albo wygodnie położyć się w łóżku wolnym od książek, klocków i okruszków? Dla mnie zabawa jako obowiązek brzmi jak koszmar koszarowego dzieciństwa i mówię temu zdecydowane nie. Zresztą cały system tygodniowy trąci troszkę „szaleństwem katalogów”; co będzie, jeśli śmieci zaczną śmierdzieć już w środę, a wyrzucamy je w piątek? A jeśli sukienka ubrudzona w weekend będzie potrzebna na wtorek, a pranie robimy tylko w środy? Życie ma w sobie rozkoszną żywiołowość, która zupełnie nie przystaje do poziomych i pionowych linii. Reagowanie, gdy zachodzi potrzeba, uczy większej elastyczności i – w efekcie – daje większe poczucie bezpieczeństwa i umiejętność radzenia sobie w nieprzewidzianych sytuacjach niż okratowana kartka. Tyle mojej słodkiej anarchii.
Dla osób, które głęboko się oburzają na taką wolną amerykankę - Basia i bałagan świetnie pokazuje, że nieprzyjemne rzeczy trzeba i można zrobić, problemy dają się rozwikłać metodyczną pracą, a na końcu czeka nagroda (uroczo staroświecki kogel-mogel). Pod względem usprawiedliwienia tabelki na lodówce książka jest bez zarzutu.
Co do warstwy graficznej, cóż, Marianna Oklejak jest jedną z moich ilustratorskich faworytek, więc kogel-moglowy ton się utrzyma. Styl jest prosty, kolorów jest dużo i są – czego zawsze doszukuję się z radością – znaczące szczegóły (np. wybielacz do tkanin o nazwie Vyvabish). Jak zwykle u tej rysowniczki na drugim, a często i trzecim planie dzieje się coś ciekawego, marginesów również nie pozostawiono w spokoju. Charakteru całości dodaje czerwony kontur, jakim obrysowywane są postaci. Cieszy też fakt, że bohaterowie nie są przedstawieni w sztuczny czy nierealistyczny sposób; Basi, jak to dziecku, tu brzuszek wyjdzie, tam skarpetka się zsunie; w swej cielesności i dynamice ta uczestniczka edukacji przedszkolnej jest – tak jak trzeba – dziecięca, a nie na siłę upozowana na dorosłego czy pedagogiczną utopię.
Basia wydaje mi się ciekawą, chociaż nieco obciążoną dydaktyką serią, w której obok dorosłych problemów przedstawia się wiernie obrazki z życia dziecka (np. budowanie domków z kocy, czy konsekwencje nieugiętej dziecięcej logiki). Lubię, kiedy książeczki są mniej „po coś”, kiedy pozostawiają dorosłych i ich oczekiwania w pewnym oddaleniu; w wypadku książek o Basi rodzice stoją nam przy ramieniu, co można - w zależności od sposobu myślenia o świecie – traktować jako zaletę lub nużący nadmiar gorliwości. Wydaje mi się jednak, że większość opiekunów milusińskich będzie zadowolona z wyboru takiej nieco zadaniowej serii.