Basia i dziadkowie jest kolejną wyprawą w świat pięciolatki, tym razem pisaną w oparciu o Hitchcockowską formułę – najpierw mamy trzęsienie ziemi, a potem jest tylko ciekawiej; oto Basia leży chora w łóżku, w nastroju apokaliptyczno-grymaśnym. Mroczne wizje przeplatają się z wyrzekaniem na czym to ten świat stoi. Rozgoryczenie dziewczynki wynika przede wszystkim z faktu, że musi leżeć w łóżku oraz z tego, że przepadł jej wyjazd do dziadków, których – tu atak posępności – najprawdopodobniej już nigdy nie zobaczy. Dziadkowie oczywiście przyjeżdżają następnego dnia, by przepędzić nudę i smutki z życia dziewczynki.
Nie na tym jednak koniec; oto do szpitala trafia dziadek-sercowiec. Niebo nad domem przesłania widmo śmierci. Jest to okazja do rozmowy ze smutną babcią, od której Basia dowiaduje się, że dziadek oczywiście nie umrze; precyzyjniej – teraz nie umrze, ale w końcu umrze jak wszyscy. W końcu senior wraca do domu, a Basia, bawiąc się z nim w łóżko-to-będzie-nasz-okręt wypowiada kończące książkę zdania: „I nie bój się burzy, Dziadku. Nie pozwolę nam utonąć!”. Pobrzmiewa w nich sentyment ciężkiego kalibru, kładący się cieniem na happy-endzie; przynajmniej ja tak to widzę, ale myślę, że opinie w tej sprawie będą mocno podzielone, a dzieci problemu w ogóle nie dostrzegą.
Świat przedstawiony w tej części Basi jest bardzo borejkowy; mamy wielopokoleniową rodzinę (chociaż nie mieszka ona razem – chyba, że dziadek zostanie na rekonwalescencji, ale tego nie wiemy), trzymającą stery babcię, która całuje „szorstko, ale z czułością”, piecze się ciasta i ciasteczka, pelargonie i bratki kwitną, brak tylko stołu pod niską lampą w kuchni i czajnika, w którym ciągle gotuje się woda. Są rozmowy o życiu i śmierci, a rano zrobię jajecznicę. A mnie nadal coś uwiera w tej książce, tylko nie wiem co. Może to znowu chodzi o wspomnianą w recenzji Basi i bałaganu zadaniowość, podszytą sentymentalizmem (feralne połączenie). Może forma jest za lekka, za krótka, by dobrze podtrzymywała dwie choroby i – podaną w dalekiej perspektywie – śmierć. Z drugiej strony wiem, że dla wielu rodziców ta książka okaże się pomocna, że znajdą w niej to, czego potrzeba, by lepiej wyjaśnić dziecku pewne trudne kwestie. Ja jednak szukałabym dalej.
Jak zwykle ciepłe słowa skieruję pod adresem pani Oklejak, ilustratorki serii o Basi. Zarówno czerwone kontury postaci, jak i wyjątek od nich – warto sprawdzić gdzie i czemu, jak również cały świat, przedstawiony, jak to u niej, z ciekawej perspektywy, okraszony istotnymi i zabawnymi drobiazgami – no cóż, gdyby Państwo nie zauważyli, bardzo lubię styl Marianny Oklejak. Przypomina mi rozwiązania Sempego i Lengrena. Basina seria bardzo wiele zyskuje dzięki takiej oprawie.
Przyznam, że po raz drugi i chyba ostatni podejmuje się recenzowania Basi i … , ze względu na wyrzuty sumienia, jakie towarzyszą pisaniu. Czuję się trochę tak, jakbym mówiła „jeśli nie mają chleba, niech jedzą ciastka”; z natury bardziej interesują mnie projekty mniej utylitarne, czy może jeszcze inaczej – użyteczne – ale nie w sposób, który by się narzucał. Brawurowo wybrnął z tego pozornego dylematu Znak, wydając książkę O Grzesiu, chłopczyku, który nie przestawał zadawać pytań . Zresztą poświęcę tej publikacji osobną recenzję, uważam ją bowiem za pozycję obowiązkową w domowej czy szkolnej biblioteczce. Postać Basi budzi we mnie sporą sympatię i smuci mnie fakt, że jej potencjał nieco się rozmywa w fabularnym „pójdź, dziecię! ja Cię uczyć każę!” (do pani Konopnickiej osobiście nic nie mam, a twórczość jej lubię i to bardzo).