Zacznijmy od wydania, czyli od moich prawie bezkrytycznych zachwytów. Gdybym chciała wyjaśniać komuś na przykładzie, jak powinny wyglądać wydania starych książek czy rękopisów, sięgnęłabym w pierwszej kolejności po Pana Błyska , powiastkę autorstwa J. R. R. Tolkiena, którą wydał w ubiegłym roku Prószyński i S-ka; (w drugiej – po zbiorcze wydanie Powiastek Beatrix Potter, nakładem Muzy, gdyby ktoś się pytał).
Zacznijmy jak z drzewem – od układu warstw. Pierwszą jest etui, w pięknym, świątecznym kontraście kolorystycznym z właściwą okładką. Etui należy do chwytów podwyższonej elegancji wydawniczej i w tego typu publikacjach jest zawsze mile widziane, albowiem prezentuje się bardzo szlachetnie. Ma również wymiar najzupełniej praktyczny – dzięki niemu nie brudzi się blok książki; inna sprawa, że swój egzemplarz dodatkowo obłożę, żeby nie niszczyło się etui, ale każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma.
Następnie wypada zakrzyknąć: „O, tłoczona gustownie okładko, o umiejętnie dobranej i wysmakowanej kolorystyce!”. Nie należy porzucać tego ekstatycznego tonu, ponieważ zaraz po otwarciu okładki wiadomo, że dobro edytorskie trwać będzie, rozciągając się przed oczami naszymi w barwnych a dla oka wdzięcznych krajobrazach. Zarówno zestawienie kolorystyczne facsimili z tłem, jak i kompozycja stron są naprawdę wyśmienite. Taki też jest sam pomysł, by nie ingerować w oryginalną, rękopiśmienną wersję tekstu i jej tłumaczenie zamieścić na przylegających kartkach (chociaż pytanie czy nie jest to wymóg The Tolkien Trust). Dobrze też, że zrezygnowano z papieru kredowego i powściągnięto instynkt iluminacyjno-efekciarski. Niestety sztuka ta nie udała się przy nowym wydaniu Piotrusia Pana z oryginalnymi ilustracjami z początku XX wieku (Book House), które pojawiło się ostatnio na rynku; jest to książka po prostu przeilustrowana, przedekorowana i przewybłyszczona; przy tej ilości bodźców właściwie nie można skupić się na tekście. Zatem również pod względem rozsądnego umiaru Pan Błysk jest najzupełniej wzorcowy.
Czas na „ALE”, i niestety nie jest tu mowa o przednim piwie. Nie jest to dopracowana do perfekcji baśń Tolkienowska. Pan Błysk jest opowiastką dla dzieci Pisarza, oczywiście spójną stylistycznie i wątkowo, jednak poniżej poziomu, do którego przywykli czytelnicy jego dotychczas wydawanych książek. Fabuła nie jest tak porywająca i nasycona znaczeniami jak w przypadku chociażby Kowala z Przylesia Wielkiego. Nie mówię tego z wyrzutem; pochylamy się bowiem nad szkicem, wyciągniętym z teczki Tolkiena, w którym jest kilka skreśleń i rozbrajający dopisek pod jedną z ilustracji „Jest tam też samochód (a także kucyki i osioł), ale już nie chciało mi się tego rysować”.
Przyznam, że wzrusza mnie sam fakt, że Tolkien (czy ktokolwiek inny) pisał i rysował dla własnych dzieci i nie zamierzam zarzucać mu (czy komukolwiek innemu), że w tym wypadku nie jest to dziełko po mistrzowsku wycyzelowane i gotowe do druku. Zresztą, w zaglądaniu w pisarskie garnki też tkwi pewien urok, który na pewno ma również Pan Błysk . Bardzo lubię też specyficzną kreskę jego ilustracji; tusz i kredki, a ile z tego radości!
Zastanawia mnie pewien drobiazg w tłumaczeniu; chodzi o nazwiska. Przyznam, że gdyby ode mnie to zależało, przełożyłabym tylko Pana Błyska, a całą resztę zostawiłabym w oryginale. Tłumaczka zdecydowała się na znalezienie odpowiedników dla mniej więcej połowy pojawiających się w tekście nazwisk. Nie znam angielskiego w doskonałym stopniu, ale średnio pasuje mi spolszczenie „Mrs Knight” do „Pani Knoć”. Jeśli ktoś chce mnie poprawić – zapraszam serdecznie. Brakuje mi też przetłumaczenia frazy „The Three Bears’ Wood”, która figuruje na marginesie jednej z ilustracji i wprowadza tematykę misiów; bez niej misie, czy właściwie cwane niedźwiedzie, pojawiają się z kapelusza; i nie jest to wysoki, zielony cylinder Pana Błyska.
Oczywiście wydawanie Tolkiena (zwłaszcza zaś „dzieł dotychczas nieznanych”), tak samo jak innych pisarzy cieszących się tak ogromną popularnością, gwarantuje popyt a zatem i zyski. Każdy szanujący się fan sprawi sobie Pana Błyska , a jeśli nie sobie, to najbliżej spokrewnionemu dziecku. I dobrze, ponieważ ta książka, mimo pewnych usterek, ma niezaprzeczalny urok i warto mieć ją na półce. Może stanie się inspiracją do napisania czegoś dla własnych pociech? Oby. W końcu ktoś powinien powiedzieć światu co nowego wydarzyło się u Pana Błyska, Żyrólika, Tumańskich i Trzech Misiów.