![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|||||||||||||||||||||||||
![]() |
Index książek > Przeczytaj o książce Achtung! Banditen!
Wojna oczami dzieckaMały Wojtek zaraz po wybuchu II Wojny Światowej wraz z babką i rodzicami ucieka pociągiem na Wschód, ale gdy z dniem 17 września na tereny Polski wkraczają wojska radzieckie, cała rodzina przeprawia się przez Bug i puszczona przez niemiecki patrol trafia z powrotem do rodzinnych Włoch (niebędących jeszcze wtedy dzielnicą Warszawy). „Achtung! Banditen!” jest zbiorem epizodów z życia małego Wojtka, który poza nielicznymi wyjątkami, przenoszącymi akcję na boczne tory jest ich częścią spójną i jednocześnie narratorem. Gdy już na dobre trwa wojna biegający beztrosko wśród Niemców chłopiec jest w przedziale wieku od kilku do 10 lat (w roku jej zakończenia). Swoimi naiwnymi, niewinnymi, nierozumiejącymi wiele, ale dostrzegającymi ważne szczegóły oczyma opowiada sceny ze swojego życia, tudzież zasłyszane historie. Jego dziecięca natura pozwala na bezpośrednie, naturalne i szczere opisanie rzeczywistości niewypaczonej analizami dorosłego człowieka. Wszelkie obawy czy nadzieje, których chłopiec nie potrafi dostrzec, rozumieją tylko starsi. Jego bierność jako świadka podkreśla okrucieństwo wojny. Zapewne każdy, kto na swojej skórze poczuł jej bicz, chciałby być takim małym dzieckiem, stojącym z boku, nie uczestniczącym w okrutnych wydarzeniach, najchętniej nie rozumieć toczącego się wokoło zła, które ona rozsiewa. Choć i na małego Wojtka spada cios – aresztowanie ojca, a później wiadomość o jego zaginięciu. Sielanka kończy się. Bezradność dziecka sublimuje chęć zemsty w zabawę ołowianymi żołnierzykami i prowadzenie okrutnej, choć wirtualnej wojny. Pomiędzy relacjami chłopca przewijają się inne epizody o traumatycznych ludzkich przeżyciach, jakby autor chciał dodać: hej, chociaż prawdziwa wojna, z której nic nie rozumiałem, a którą znałem z opowieści toczyła się jakieś kilkaset metrów od nas, w zrujnowanej Warszawie, którą mogłem zobaczyć jedynie z dachów, pamiętam o strachu i bólu, jaki przeżywali inni. O tak, oprócz strachu i bólu, nieufność, nienawiść, zawiść i zazdrość – takie uczucia rozbudza wojna. Wzajemne oskarżenia, podejrzliwość, apatia dominują w ludzkich sercach. Nie ma miejsca na rozpacz, żal, jest tylko sugestywny obraz śmierci, jak ten, gdy Hauszyldowa opowiada matce Wojtka o swoim synu: „ze skroni Edzia wypływała cienka strużka. Mąż ujął w dłonie stygnącą łupinę, a ja łyżeczką zbierałam z podłogi mózg”. Nie ma miejsca na egzaltację uczuć w formie ckliwości lub patosu. Bez powiewających flag i sztandarów. Albiński nie robi z wojny książki akcji, nie wynosi na piedestał żołnierzy, nie czyni z ludzi męczenników. Mówi o bohaterskości dnia codziennego. Nawet jeśli kreśli krótkie sceny czułości, to w kontrapunkcie z ludzką krzywdą, jak w rozdziale „Zły klimat”. Nie analizuje ludzkich uczuć, nie wchodzi do ich serc, nie rozdrapuje ran, nikogo nie ocenia, nie krytykuje. Jest biernym narratorem. Emocje urywa w samym zalążku sceny, dopuszczając niedopowiedzenie, aby pobudzić wrażliwość czytelnika. Choć czasami przełknąłem gorzką ślinę, to jednak żadna łza nie zawieruszyła się w moim oku. Może powinienem się tego wstydzić? A może brakuje mi tutaj czegoś, co stworzyłoby taki impuls? A przecież bolesne mamy tutaj przeżycia – rozstania, aresztowania, zaginięcia, ludzką tułaczkę, kończącą się śmiercią z głodu, w obozie pracy, rozstrzelaniem, w najlepszym przypadku powrotem do „domu”… który fizycznie nie istniał lub stanowił jedynie frontową ścianę kamienicy. Okrucieństwo wojny to krótkie i działające na wyobraźnię migawki, które serwuje autor, jak np. fragment o włoskich żołnierzach jadących pociągiem na front wschodni, a w roku 1950 wracających z sowieckiej niewoli i żebrzących na ulicach Warszawy. Widać je w scenie, w której Niemcy używają kobiet i dzieci jako żywych tarcz dla swoich czołgów w walce z powstańcami. Utworzony przy jednej z ulic Włoch magazyn gromadził dobytek rozkradziony przez Niemców ze zniszczonych w walce z powstańcami dzielnic Warszawy. Najbardziej zapadające w pamięć są kreślone przez Albińskiego sceny śmierci lub poczucia zagrożenia – wiszące ciała na rozjeździe kolejowych torów, opowieść o Krysi S. uratowanej przez niemieckich oficerów przed „łapanką” czy wtargnięcie esesmana do mieszkania, zarzucającego małemu Wojtkowi kradzież spirytusu. Dla Polaków Hitlerowcy byli najeźdźcami, nieludzką machinerią wojenną, która toczyła swój ciężki nazistowski walec, kładąc pokotem ciała walczących w obronie ojczyzny żołnierzy. Ale to my byliśmy dla Niemców Banditen, a nasze dzieci bezczelnie śmiały strzelać do nich w Warszawie – „(…)Wczoraj taki chłopak(…) rzucił w naszym kierunku granat! Odłamek trafił mojego przyjaciela Franza w brzuch i wypłynęły mu kiszki!” – opowiada Scharführer Nożke, wskazując na małego Wojtka. Od razu kojarzy mi się płyta zespołu Lao Che „Powstanie Warszawskie” i utwór „Zrzuty”, gdzie gorycz, bezsilność i oczekiwanie na pomoc polskich żołnierzy miesza się z obelżywością Niemców. Aż do końca ostatniego rozdziału narracja w pierwszej osobie przekonywała mnie, że małym Wojtkiem jest autor „Kalahari”. Potwierdzają to również wywiady z pisarzem, w których opowiada o swoim dzieciństwie przytaczając opisane w książce epizody, obok których znalazło się jeszcze kilka historii pobocznych, zasłyszanych. Nazwiska tylko niektórych osób zostały zmienione. Moje przekonanie wywraca na nice notka na ostatniej stronie (za spisem treści) – „fabuła tej książki i występujący w niej bohaterowie to fikcja literacka”. Może fikcją jest zniekształcony dziecięcą wyobraźnią obraz wojny. Prawda jest bardziej okrutna. Prawda, dotycząca ludzi, których nie należy wskazywać palcami, by nie budzić traumatycznych wspomnień. Należy opowiedzieć o niej tak, żeby tylko się po niej ślizgnąć, nakreślić ogólny zarys, zostawiając obrazy w zawieszeniu jak na zdjęciach, najlepiej czarno-białych. Zobacz komentarze do tej książki [0]
| ||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||||||||||||