Index książek > Przeczytaj o książce

Nie ma się czego bać


    info
Autor:
   Julian Barnes
Wydawnictwo:
   Świat Książki
ISBN:
   978-83-247-1590-9
Rok wydania:
   2009
Liczba stron:
   320
Cena:
   30 zł
Kategoria:
   Obyczajowe

Ocena recenzenta:

7 / 10

Ocena użytkowników (Głosów: 0)

Brak



Twoja ocena to
 /10 

    ksiazka

Memento Mori


Nie wierzę w Boga, ale odczuwam jego brak – sentencja, którą rozpoczyna swoją najnowszą książkę Julian Barnes, będąca według jego brata, filozofa, wyrazem sentymentalnej ckliwości, wynika z zaobserwowanego przez autora braku namacalnych dowodów istnienia Boga. Z drugiej strony wyraża też potrzebę, która ułatwiłaby mu jednoznaczne stanowisko wobec spraw, za rozważanie których zabrał się w swoim najnowszym eseju.

Barnes, wychowany w rodzinie, w której babka była komunistką, przygłuchy dziadek ograniczał swą aktywność religijną do oglądania telewizyjnego „Songs of Praise”, a matka jako zdeklarowana ateistka dominowała nad ojcem agnostykiem, młody Julian nie przejawiał ciągot religijnych, bo, jak pisze, „Bóg nie może istnieć, gdyż sama myśl, że może mnie obserwować, kiedy się masturbuję, jest absurdalna”.

Pisarz, często polemizujący z bratem (ich relacje z przeszłości bywają rozbieżne), przedstawia swoje wspomnienia rodzinne oraz własne przeżycia z dzieciństwa, lat młodzieńczych i późniejszych, które, choć okraszone są lekką nutką nostalgii, to przyprawione także szczyptą humoru i sarkazmu. Wszystko to wplatane w rozważania o Bogu, pamięci, tożsamości, sztuce, śmierci i umieraniu, w których dominuje jego postawa ateistyczna. Pisarz oddziela grubą kreską wiarę w jakąkolwiek religię od inteligencji ludzkiej, związanej z racjonalnym rozumowaniem. Barnes, „szczęśliwy ateista”, tak jak reszta jego rodziny, nie wierzy - jak przyznaje - z powodów trywialnych, ale na tyle mocnych i przekonywających, aby uznać wiarę w Boga za brak dojrzałości i słodką bajkę o nieśmiertelności, z której powinno się wyrastać jak z historii o św. Mikołaju. Cytuje za Dawkinsem: „Dorośnij(…) Bóg to wyimaginowany przyjaciel. Kiedy jesteś martwy, to jesteś martwy. Jeśli pragniesz doznać duchowego zachwytu, poszukaj go w kontemplacji Drogi Mlecznej przez teleskop. W tej chwili podnosisz ku światłu dziecięcy kalejdoskop i udajesz, że te kolorowe wzory umieścił tam Bóg”.

Ateiści pewnie zacierają ręce z zadowolenia, a ludzi wierzących urazi niesprawiedliwa arogancja z jaką Anglik odnosi się do nich i z jaką stawia na swoim. Personifikacja Boga i Nieba śmieszy i poważnie wypacza ideologię wiary w byt, który jest poza ludzkim rozumowaniem. Należy wspomnieć, że to przecież artyści, których sceptycyzm religijny przywołuje, stali w obliczu trwogi a nawet rozpaczy, gdy zbliżali się do kresu swojego życia.

Kiedy Barnes zaczyna pisać o śmierci, dotyka rzeczy poważnych, mrocznych, nieuniknionych, przywołując czasami przerażające i smutne obrazy z własnego życia rodzinnego (śmierci dziadków oraz rodziców) oraz takich osobistości jak – wspomniany już wcześniej - Jules Renard, a także Alex Brilliant - jego przyjaciel, Somerset Maughan, Georges Brassen, Igor Strawiński, Albert Camus, George Sand, Henri de Toulouse-Loutrec czy Gustaw Flaubert. Przytacza ich własne opinie na temat umierania oraz ostatnie słowa na łożu śmierci. Robi to z zimną krwią, bez emocjonalnego zaangażowania, posługując się czarnym humorem, zdrowym rozsądkiem i dystansem, zadając pytania bez udzielania jednoznacznych odpowiedzi. Tych brakuje, pomimo mnogości myśli, słów i teorii, które przetaczają się przez karty tej książki, podobnie jak uniwersalnej recepty na przyswojenie starości, związanego z tym strachu przed demencją czy nawet szaleństwem, kiedy może również następować dehumanizacja życia i alienacja człowieka.

Jak wspominałem wcześniej, większość wymienionych powyżej artystów była przerażona wizją starości, kończącej to wszystko śmierci i następującej po nich NICOŚCI. Chrześcijanom, którzy podchodzą do życia mniej powierzchownie i naukowo oraz nie traktują życia tylko jako procesu biologicznego, łatwiej jest opanować lęk, bo śmierć jest w tym przypadku punktem przejściowym do innego świata. Człowiek nauki (jak Richard Dawkins) poznaje świat przy użyciu swojego mózgu, ale wykorzystuje go tylko w kilku procentach, bo nie nauczyliśmy się go wykorzystywać w pełni jego możliwości. Patrzenie na Niebo w taki sposób jest tak samo dyskusyjne, jak zastanawianie się, co było przed początkiem wszechświata.

Barnes jako pisarz zaszył w swoich książkach problemy oraz sprawy, których w jego domu nie poruszało się wcale lub rzadko. Takie ukierunkowanie jest próbą dowartościowania dziecka, które nie zaznało głębszych relacji z rodzicami, czy dziadkami (Bert Scoltock – dziadek ze strony matki - faworyzował brata Juliana). Obrazy z ostatnich dni ojca oraz matki pełne są zaklętego między słowami zdystansowania, zgorzknienia, a w głębi serca pełne żalu, którego wstydzili się okazywać. Sądzę, że dlatego łatwo mu podejść do sprawy śmierci bez nuty goryczy.

Barnes nie rozpacza, często zadaje pytania z rodzaju „co byś wolał?”, ale w przypadku śmierci wolna wola – będąca również tematem analizy - nie ma racji bytu. Jako formę „patrzenia w dół grobu” wpływającego na osłabienie lub spotęgowanie lęku przed śmiercią wybrał podróż do Francji, by odwiedzić groby Renarda, Stendhala i braci Goncourt. Odnalazł parasol - jak ten z okładki książki - pozwalający opadać spokojnie w zimną otchłań, zostawiając kręgi na wodzie będące po człowieku śladem przez jakiś czas, dopóki nie pomrą wszyscy, w których pamięci pozostaje. „Pamięć to tożsamość. Tożsamość to pamięć” – pisze artysta.

Pisarz wygrał w ten sposób na polu walki ze starością i odnalazł spokój – to, czego brakowało jego poprzednikom. Ostatnia – choć użyjmy tego słowa ostrożnie – jego książka jest osobistym przygotowaniem i oswojeniem ze śmiercią. Nie ma się czego bać – bo jeśli po niej rzeczywiście istnieje Niebo, w które nie wierzy, to dozna pozytywnego zaskoczenia (o ile był prawym człowiekiem, bo inaczej nici z Nieba i pojawia się Piekło), a jeśli jest NICOŚĆ, to będzie ona potwierdzeniem jego poglądów.

Pod względem cielesnym po śmierci nie ma nas – ani tu na ziemi, ani tam. Przypominają się słowa: „prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Ale co z duszą? Czy to koniec naszej wędrówki i czy czeka na nas wieczność – poniekąd mogąca wydawać się nudna i irytująca w perspektywie spotkania się z tymi samymi ludźmi? Niech każdy odpowie sobie sam.

Warto sięgnąć po ten zmuszający do myślenia esej również z praktycznego punktu widzenia – dowiemy się, co warto zobaczyć w świątyni Santa Croce we Florencji.



Autor: Piotr Piwko   Data: 17.05.2010



Zobacz komentarze do tej książki [0]

    fragment

Kiedy pozwalamy myślom krążyć wokół okoliczności naszej śmierci, to zwykle w sposób nieodparty rozważamy przypadek najgorszy i przypadek najlepszy. Moje najgorsze wizje dotyczą zazwyczaj zamknięcia, wody i pewnego okresu, w którym będę musiał znosić nieuchronność nadchodzącego końca. Na przykład scenariusz z promem przewróconym do góry dnem: dziura powietrzna, ciemność, podnoszący się z wolna poziom wody, krzyki innych śmiertelników i walka o oddech. A teraz wersja jednostkowa: spoczywasz skrępowany w bagażniku samochodu (być może własnego), podczas gdy porywacze jeżdżą od jednego bankomatu do drugiego, a potem, kiedy już konto jest wyczyszczone i następuje odmowa jakiejkolwiek wypłaty, czeka cię przyprawiający o zawrót głowy upadek z brzegu rzeki albo urwiska morskiego, plusk i chciwy gulgot wody, która przypływa po ciebie. Albo analogiczna, choć bardziej prawdopodobna, wersja przyrodnicza: chwyta cię krokodyl, wciąga pod wodę, tracisz przytomność, a potem odzyskujesz ją na półce skalnej ponad wodą, w siedlisku gada, i uświadamiasz sobie, że właśnie dołączyłeś do zapasów żywnościowych tej okrutnej bestii (takie rzeczy się zdarzają, gdybyś miał wątpliwości).

    autor
Julian Barnes

Utytułowany literat



Urodzony w Leicester, w Anglii, 19 stycznia 1946 roku. Kształcił się w City of London School w latach 1957-1964, Magdalen College i na Uniwersytecie Oksfordzkim.




nick
 
haslo   
nowe konto     

Wyszukiwarka Top 20 Ksišżki
 
© 2005-2011 Papierowe Myśli Design&engine Mateusz Płatos