![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|||||||||||||||||||||||||
![]() |
Index książek > Przeczytaj o książce Rumo i cuda w ciemnościach
Rumo i cośtam w ciemnościachNa świecie jest bardzo wiele potraw, które składają się z mąki, wody i jajek. W zależności od technik, proporcji i dodatków, ewoluują one w różne intrygujące formy, jednak wspólny mianownik zawsze jest taki sam – mąka, woda, jajka. By uczynić nasz przykład możliwie czytelnym, skupmy się na najprostszej emanacji tych elementarnych pierwiastków jaką jest makaron. Lubię makaron, a nawet: lubię jeść kluski z sitka. Pytanie, które nasunęło mi się podczas lektury Rumo i cuda w ciemnościach Waltera Moersa brzmi: ile klusek człowiek może zjeść, zanim stracą one dla niego cały swój urok i smak? Z literaturą bowiem jest podobnie jak z makaronem – składa się ona z pewnych podstawowych składników, które zmieszane ze sobą i poddane obróbce zmieniają się w mniej lub bardziej strawną całość. W przypadku Rumo doskonale ten proces widać – mamy wielką narrację (woda), dużo odniesień do kultury (mąka) oraz epickie perypetie w fantastycznych dekoracjach (jajka). Do tego szczypta niemieckiego ducha, formę wysmarować eposem rycerskim i Bildungsroman, zrobić glazurę z ironicznego dystansu, wstawić do pieca na postmodernizm, et voilà! Interesująca jest sama propozycja podania; przyznam, że patrzyłam na serię pióra Waltera Moersa jako na coś, co bardzo dobrze prezentuje się na półce. Opasłe, zajmująca kolorystyka obwoluty, ilustracje w tekście. Dlatego też zwlekam ze spacerem do antykwariatu… Niestety, literacko jest to jednak garmaż, nie restauracja. Wrażenie potęguje niechlujny gramatycznie przekład Katarzyny Beny, z wyraźnie odciśniętym niemieckim szykiem zdania; nie skorygowano tekstu (korektę robiły dwie osoby!) i konsekwencje tego faktu są dla ucha i głowy wysoce nieprzyjemne. By nie pozostać gołosłowną zacytuję: „Owacje adoratorów były poruszające, ścielili im [smokom] do stóp kwiaty i gałązki oliwne. Potem poprowadzono je do namiotu przywódcy adoratorów – był podobno okazałych rozmiarów.” Jeśli zaś chodzi o pracę samego Waltera Moersa, cóż, przynajmniej w tej książce ma on denerwującą manierę enumeracji. Skoro bohater idzie wybrać sobie broń, to wybiera z takiej to, a takiej, a takiej, a takiej, a takiej, a potem idzie, nie wybrawszy broni takiej to, a takiej, a jeszcze innej, by bić się taką oto bronią, z przeciwnikiem takim to, a takim, a jednocześnie nie takim i nie takim, o broni takiej i takiej i tej. Doceniam wysiłek, jaki trzeba włożyć, by odszukać na półce „Encyklopedię broni białej”, ale bardziej jeszcze doceniam umiar w jej cytowaniu. Fragmentów o wspomnianej konstrukcji jest w tekście dużo; mam wrażenie, że Autor bardzo przyzwyczaił się do koncepcji pisania dłuuuugich książek i robi co może, żeby nastarczyć materiału. Podobnie jest z niektórymi perypetiami Rumo; mam wrażenie, że Autor specjalnie wysyła go w pewne miejsca, żeby zabawić dramatycznymi przygodami rzesze czytelników. Oczywiście jest to na porządku dziennym w literaturze awanturniczej czy fantastycznej, a Rumo pretenduje do obu tych mian, jednak widać w tym wysiłek kiepskiego sztukmistrza, który w jednej chwili wypuszcza królika z kapelusza, z rękawów wytrzepuje asy i tylko patrzeć, jak z zawieszonej za nim strzelby wystrzeli bukiet kwiatów. Zbyt oczywista jest intencja autorska, mówiąc krócej. Nie lubię też powtarzających się gagów; rumo to camońska gra w karty i imię głównego bohatera; hasło „Wiesz, że nazywasz się jak gra w karty?” powraca w książce około dwudziestu razy i zapewniam – od drugiego zdecydowanie mniej śmieszy. Podobnie jest z treścią dialogów pomiędzy dwoma częściami klingi pewnego miecza, ale że sam wic „gadające ostrza” jest całkiem udany, nie zdradzę nic więcej. Skoro trochę pokamienowałam, czas odnaleźć pozytywy. Wracając do metafory kulinarnej – istnieje zjawisko zwane z anglosaska comfort food. Tworzą je te wszystkie potrawy, które w chwilach zimowego smutku i szarugi chcielibyśmy mieć ze sobą pod kocem i jeść je bez końca. Zasada jest prosta – smak ma być znany, miska – pełna, a sama konsumpcja ma dawać poczucie bezpieczeństwa. Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi Walter Moers; jeśli chcecie czytać kilometrowe perypetie, wiedząc, że książka nieprędko się skończy, że będą fantastyczne zwierzęta i potwory, dziwne rośliny i tajemnicze miasta, że pojawi się prawdziwa przyjaźń, silna miłość i zwyciężą jednak ci dobrzy – bierzcie i jedzcie z tego wszyscy. Wielbiciele rozrywek intelektualnych przy jedzeniu też znajdą coś dla siebie – nawiązań do kultury, literatury i sztuki jest tutaj mnóstwo, począwszy od Fausta, przez Kaligulę i wędrówkę Orfeusza, skończywszy na Karykaturze kobiety Metsysa. Książka ma też swoje perełki; dla mnie są to trzy fragmenty – o stworzeniu armii Miedzianych Drani, o Dębie z Lesu Nurneńskiego oraz naprawdę intrygujący opis więzi, jaka tworzy się pomiędzy Generałem Tik-Takiem a Miedzianą Dziewicą. Ostatnia historia, o maszynie, która pragnie poznać istotę śmierci, mógłby stanowić osobne opowiadanie i myślę, że zebrałaby – przynajmniej ze strony antropologów – bardzo pochlebne recenzje. Lubię też postać robakina Szmejka, dosyć wielowymiarową i – ze względu chociażby na długie życie – bogatą w doświadczenia. Trzeba też oddać Moersowi, że udało mu się wyjść poza ramy popularnie pojmowanego fantasy, czyli „elfy, ludzie, gobliny, trochę czarów, dużo walk, ciekawy pejzaż”. Wprowadzenie postaci eydetów (jak np. intelektualisty-siedmiomózgowca prof. Słowiczego) pozwoliło na rozszerzenie repertuaru o nanotechnikę oraz tzw. Naukę Wszelaką, zajmującą się szerokim wachlarzem zagadnień, od architektury po sens życia. Inna sprawa, że niektóre fragmenty eydetyczne wątku są przekombinowane, a dziennik prof. Słowiczego z Mgławy należy do najnudniejszych partii książki. Na koniec – ilustracje. Jak niepowszechnie wiadomo, jestem wielką fanką ilustracji książkowych i z dużą radością przyjęłam do wiadomości, że oto literatura łączy swe siły z rysunkiem. Warto dodać, że Walter Moers jest samoukiem zarówno graficznym, jak i literackim, co już samo w sobie jest pewnym fenomenem. Rysuje piórkiem i ma swój charakterystyczny styl, któremu pozostaje wierny przez całą książkę. Doceniam trzy mapy dołączone do Rumo – Wolpertingu, Podświata i drogi Rumo; nie to, żebym śledziła je stale podczas lektury, ale pasują one bardzo do klimatu książki, a w wypadku Podświata pozwolą lepiej wyobrazić sobie pewne kwestie (jak bowiem wiadomo, łatwiej zgubić się w jaskiniach, niż w mieście). Nie wszystkie ilustracje trafiają w mój gust, ale sam pomysł zindywidualizowana książki w ten sposób, jak i etykietka „self-made man” zyskują moją sympatię. Podsumowując: Rumo i cuda w ciemnościach ma wiele niedoróbek; zdecydowanie nie jest to literatura wysokiej próby, ale jeśli zrodzi się w nas potrzeba niezobowiązującego intelektualnie śledzenia przygód, a w dodatku potrafimy przymknąć oko na spapraną korektę – na pewno nie będziemy mocno rozczarowani. Jak głosi pewna grupa na Facebook’u – „jem kiedy jestem szczęśliwa, smutna, bądź znudzona”. Zgodnie z tą zasadą można też czytać Moersa. Zobacz komentarze do tej książki [0]
| ||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||||||||||||